Wyznacz trasę

Wariat z pistoletem… lakierniczym. Pracował z mistrzami aerografu, twórcami street artu

28 grudnia
Z innej strony

Jak malowanie auta może zmienić życie, dlaczego policjanci przyjeżdżali do lakierni po nocach, kiedy kolory się mienią, a kiedy robią się głuche i ile to wszystko kosztuje – opowiada „Chudy”, znany z fantazji, nie tylko w kabinie lakierniczej.

Chce być „Chudym”, bo prawdziwe imię mu się nie podoba. Tak bardzo, że komentuje je wulgarnym epitetem. Trudno wyjaśnić dlaczego, bo jest fajne. Dziwne może wydawać się również to, że „Chudy” pracuje tylko trzy dni w tygodniu. Ale za to non stop. Później odsypia cały weekend i poniedziałek. Ucinając wszelkie spekulacje – „Chudy” podkreśla, że „już nie pije”. Zmianę trybu życia potwierdza wielka kiść winogron, do której co chwilę sięga, opowiadając o lakierni. To dość duża stara hala, za to z nowoczesną kabiną lakierniczą. Specjalne oświetlenie, ogrzewanie, wentylatory, filtry, izolowane ściany, okratowana podłoga. Tam nasz rozmówca czuje się jak u siebie. Z pasją tłumaczy, czym są lakiery trójwarstwowe. Żeby pokazać, czym jest „czyste ziarno”, a czym „baza”, wraca do głównego pomieszczenia warsztatu i energicznie otwiera kolejne puszki. W hali stoi kilka aut. Drobne i większe naprawy. Nasz przewodnik pokazuje drzwi, błotniki, zderzaki…

Z największą pasją opowiada o artystycznym malowaniu, które lakiernika przenosi w inny wymiar. „Chudy” miał okazję pracować z mistrzami aerografu, twórcami street artu, m.in. Krazem, Kredą i Lumpem. Przed laty zamienił swojego forda windstara w baśniowego vana, którym wjeżdża się w świat mangi. Samochód ozdobiony postaciami z japońskich komiksów zgarniał nagrody na wielu konkursach i zlotach automaniaków. Sławę zyskała również ciężarówka – betoniarka przemalowana na pszczołę. „Chudy” żartuje, że to mogła być również osa lub trzmiel, bo miała wielkie żądło.

Tomasz Maciejewski: Jak to się stało, że zwykły wiśniowy van zwykłego lakiernika zamienił się w dziełko sztuki… tuningu?

„Chudy”: Moja córka Martyna lubiła bajki – mangi. Sporo wtedy zarabiałem, więc mogłem pozwolić sobie na taką zabawę za 20 tys. zł.

Tyle kosztowało tych kilka rysuneczków?

Kosztowałoby może nawet więcej, ale dogadałem się z chłopakami, że polakieruję im samochody. I że będą mogli jeździć vanem na różne imprezy, pokazy. Ale i tak dużo kasy poszło. I bardzo dużo pracy. Ponad miesiąc. Musiałem całego vana przemalować na biało, a później zajęli się nim grafficiarze. Ja na nich tak mówię, bo znamy się od małolata…

Grafficiarze to wandale. Mówimy o twórcach street artu.

Jak zwał, tak zwał. Dla mnie grafficiarze, choć rzeczywiście artyści. Niezwykle utalentowani. I nałogowcy. Potrafią pracować całe noce. Nie odciągniesz ich od farb, aerografu. Tak jak nie odciągniesz maniaka gier komputerowych od konsoli. Ambitni. Perfekcjoniści. Samo tło dla postaci z mangi robili trzy tygodnie!

Tak czasochłonne to pryskanie?

Tak wymyślili. Taki finezyjny projekt. Początkowo chciałem tylko pomalować maskę, później cały samochód miał być pomalowany w świnie…

W świnie?

Żeby pokryć wiśniowy lakier. Kości, krew, szczęki zwierząt. Tak graficiarz wymyślił. Ale prawdopodobnie dowód rejestracyjny wtedy by zabrali.

Za mięso?

I za nagość. Kobiety nie mogą być roznegliżowane w iluś tam procentach na samochodzie, tak samo nie może być mięcha i jakichś krwawych motywów. Przynajmniej kiedyś były takie przepisy. Zabierali dokumenty. Nie wbili pieczątki na przeglądzie.

Więc zdecydowaliście się na wariant wegetariański.

Dziewczyny. Z każdej strony inna laska. Na masce miałem tę Japonkę z „Szybkich i wściekłych”. Rzutnikiem robili twarze, zarysy. Tło się zmieniało z lewej na prawą. Z zielonego na niebieskie. Długo kombinowali, co zrobić wokół postaci z bajki. Ale wyszło tak, że kot! Nie wiem, skąd biorą pomysły. Jak w głowie układają kolory, odcienie. I mieszają niczym malarz na palecie. Ja, lakiernik od prawie 25 lat, nie wiem, z jakich farb jaki kolor wyjdzie.

Czyli warto byłoby dać nawet 20 tys. zł?

Artyści kosztują. Gdyby przeliczyć godziny, które na to poświęcili, ile płaci się za farby, sprzęt – okazałoby się, że stawka za robociznę nie jest wygórowana. Przecież za 10 zł na godzinę nie będą pracować! Żeby uzmysłowić, skąd się biorą tak duże koszty malowania, zdradzę, że na same taśmy poszedł 1 tys. zł. Sześć kartonów po 36 sztuk. Każda rolka ma 25 m.

To ile pójdzie na wielką naczepę ciężarówki? Z biało-czerwoną husarią albo dywizjonem 303?

Duuużo. Widziałem. Piękne. Takie malowanie to od 60 tys. zł w górę. Ktoś mi opowiadał, że ta z samolotami była najpierw przemalowywana na kość słoniową. Robili tło, a dopiero później poszczególne elementy. Realizacja tak skomplikowanego projektu może kosztować nawet 100 tys. zł. A przecież na ciężarówkach się nie kończy. Moi koledzy malowali promy dla Polskiej Żeglugi Bałtyckiej (m/f „Mazovia”, m/f „Cracovia” mają efektownie kolorowane dzioby – przyp. red.). Malują mosty, podstawy turbin wiatrowych i inne wielkie konstrukcje. Ograniczeniem jest tylko wyobraźnia. No i portfel.

Ile kosztowała betoniarka „pszczółka”?

Za malowanie artystyczne wzięli na pewno około 30 tys. zł. Oprócz tej pszczółki czy osy miał być jeszcze ślimak. Właściciel firmy zamierzał kupić drugiego białego mana, ale coś tam nie wyszło…

Za artystyczne wykonanie betoniarki „pszczółki" odpowiadali Kreda (Maciej Jurkiewicz) i Lump (Piotr Pauk). Zdjęcia pojazdu pochodzą z archiwum autorów.

Szkoda. Wielka grucha przypominająca korpus owada przyniosła firmie sławę.

Fajnie wyszło. Grucha była świecąca, kabina matowa. Malowane osobno. Oklejane. Kabina wiadomo – najważniejsza. Musiałem najładniej pomalować.

Najbardziej się starać.

Tak. Dwa kombinezony zużyłem przy samej kabinie. Jak długo malujesz klarem, osiada na tobie kurz i cały się lepisz. Przebierałem się przy jednej warstwie i przy drugiej. Musiałem się ubrać na nowo, umyć ręce, zmyć z farby, z klaru. Bo tak byłaby mgła, chociaż wyciąg działał non stop. Przy większych robotach tak zawsze jest.

Klar, czyli ostatnia warstwa bezbarwnego lakieru, był podsumowaniem kilku tygodni pracy.

Wszystko zajęło chyba trzy miesiące. Bezbarwnym jechałem dwa dni. Od rana do nocy. Kuzyn, mój pomocnik, kręcił wajchą, grucha się obracała a ja psikałem. Od spawu do spawu. Całej nie da się pomalować na raz. Obracaliśmy. Samochód stał w szopie, na włączonym silniku, spaliny odprowadzone na zewnątrz.

Jak długo schną tak duże powierzchnie?

Grucha szybko wyschła. Szef firmy dobre ogrzewanie załatwił. Dużo pieniędzy wydał. Gdyby takich warunków nie było, folią nie można by nakryć pomalowanych elementów. Odparzyłoby się. Wiadomo, że musi wyschnąć, żeby się świeciło, żeby nie było „głuche” po czasie. I innych technologicznych problemów.

Głuche?

Musiałbym długo tłumaczyć, książkę napisać.

Może warto?

Jestem starej daty, choć nie taki stary. W technikum samochodowym uczyli mnie jeszcze prawdziwego lakiernictwa. Od podstaw. Teraz nie ma klas o tym profilu. Ci, którzy chcą pracować w tym fachu, pytają tylko, jak się maluje. A nie psikanie, tylko przygotowanie jest najważniejsze. Bo jeśli weźmiemy pistolet za 2,5 tys. zł, ustawimy go, pokażę kilka ruchów, to pomaluje pan prawie tak samo jak ja. Może nie za pierwszym, ale za drugim razem. Weźmiemy na przykład błotnik i na 80 proc. powierzchni będzie lustro. Tylko w kilku miejscach zostawi pan niedomalowane.

Zacieków narobię.

Teraz jest taki sprzęt, takie lakiery, że trudno zaciek zrobić. W komorze jest nadmuch stały, ciepło, na bieżąco odparowuje.

A jednak lakiernicy często partaczą.

To zależy, co rozumiemy pod pojęciem „lakiernicy”. Na Facebooku jest grupa „Lakiernicy… coś tam”. Jak zobaczyłem, co małolaci piszą, to się wymiksowałem. Myślałem, że znajdę tam kolegów, fachowców. Niestety, tylko kilka osób miało pojęcie o tej robocie.

Zatem nie dziwmy się odbarwieniom czy bąblom na karoserii?

Pęcherze, jeśli się robią, to zwykle na dachu, słupkach, górnych częściach błotników. Od słońca. Tam, gdzie najbardziej się nagrzewa.

Czyli w słoneczne, upalne dni auto należy zostawić w garażu. A tak serio: skąd te pęcherze?

Baza nie odparowała. Ktoś za szybko położył klar. Nie odczekał. Lakier bazowy, czyli kolor, odparowuje po czasie, a że to parowanie nie ma ujścia, tworzą się pęcherze. Dach, maska zawsze długo odparowują. Wiadomo, że jak te największe powierzchnie malujesz, to bliżej pistoletem lecisz, więcej farby wylewasz. Żeby nie narobić smug, pasów. Żeby dobrze pokryło. Jest grubiej, więc dłużej schnie. Jeśli pracujesz w komorze, to nie ma problemu. Jeśli w warunkach garażowych, trzeba odczekać.

Byle nie za długo.

Przyjmuje się, że 6 – 10 godzin. Nie można pójść do domu i dokończyć następnego dnia. Kurz osiądzie. Nie będzie się trzymało.

Ale przecież grafficiarze malują tygodniami, nakładają kolejne warstwy, kolory, kreski.

Dlatego używają ściereczek antystatycznych. To idzie kartonami. Przed malowaniem powierzchnia musi być bardzo dokładnie odkurzona. A wcześniej oczywiście zmatowana, odtłuszczona. Zmywaczem silikonowym albo benzyną ekstrakcyjną. Jeśli malujesz coś w domu, też przecież trzeba przeszlifować, żeby się farba trzymała. Trzeba odtłuścić, żeby nie oczkowało.

A jak okleić już gotowe elementy, żeby nie uszkodzić powłoki lakieru? Jak zrobić tło, żeby nie drasnąć tej Japonki z „Szybkich i wściekłych”?

Jeśli taśma się odparza, spowoduje jakieś uszkodzenia, to znaczy, że podłoże było źle przygotowane albo coś innego zostało sknocone. Pracujący aerografem mają swoje patenty. Kiedy przemalowywałem vana na biało, to od razu zrobili obrys twarzy, oczy, parę włosów. A później wypełniali to kolorami. Techniki są różne. Dostosowuje się je do projektu, czasu pracy, umiejętności. W duże zlecenie zaangażowanych jest przeważnie kilka osób. Jedna by się zamęczyła. Za długo by trwała realizacja. A przecież czas to pieniądz. Za wynajęcie hali, sprzętu się płaci. Kiedy miałem swój warsztat, takich dodatkowych kosztów nie było, ale firma musiała normalnie funkcjonować, realizować bieżące zlecenia, prace blacharsko-lakiernicze, więc artyści zaczynali działać po godz. 15. Zawsze do 5 rano! Jechali do domu się przespać, wracali po południu i znów: koloryzowanie, rzutnik, kolejna część.

Projekt w komputerze, programy graficzne, rzutnik, czyli sprzęt ich mocno wspomaga.

Są też tacy geniusze, którzy malują jakby z pamięci. Cały koncept mają w głowie. Kolega malował transformersa na samochodzie bez osłaniania poszczególnych części. Talent. Z tym trzeba się urodzić. I trzeba mieć hopla, by wziąć aerograf do ręki. Widziałem ludzi, którzy próbowali coś robić i… szybko rezygnowali. To nie są tylko zdolności plastyczne, to pasja, styl życia. Grafficiarze, których znam, zaczynali od puszek, malowania sprayami elewacji i pociągów. W tej branży trzeba być trochę wariatem. Kiedy malowali dla mojego syna czerwony motocykl Ducati, to sprężarka chodziła w pokoju trzy doby non stop. W ruch poszły też flamastry, ołówki. Uzupełniali, poprawiali. Bez końca. Czy ktoś normalny tak pracuje? Ale ja też normalny nie jestem, więc się dobrze uzupełniamy.

Dosłownie. Lakiernik musi zabezpieczyć dzieło artystów. I zadbać o efekty specjalne. Żeby się świeciło, mieniło, błyszczało.

Oni malują farbami wodnymi albo bazowymi zwykłymi (tzw. lakier rozpuszczalnikowy, żywica z pigmentem i innymi dodatkami – przyp. red.). Bez ziarna, bez tak zwanej perły. Lakiery z ziarnem słabiej kryją. Godzinę robiliby jedną kreskę. A i tak by nie pokryło, np. czerwony na czarnym albo niebieski na żółtym. Dlatego nakładają tylko czyste kolory i dopiero później, dużym pistoletem, wszystko pokrywa się samym ziarnem. Białym albo przezroczystym, żeby się metalizowało w słońcu. To właśnie ziarno powoduje, że lakiery się mienią i świecą. I że grafiki na wielkich ciężarówkach prezentują się tak efektownie.

Podkład, baza, ziarno, klar – dużo tego. Jak zrobić, żeby się wszystko dobrze trzymało?

No właśnie. Kiedy malowali tę pszczółkę trzy miesiące, nie było obaw, że baza nie odparuje. Było zagrożenie, że farba się nie będzie trzymała. I że po jakimś czasie klar, lakier bezbarwny, zacznie odłazić. Dlatego położyłem perłę jako izolację. Perła jest też spoiwem. Powoduje lepszą przyczepność klaru do bazy. Jako lakiernik, robiąc zwykłe auta, używam w tym celu specjalnego rozpuszczalnika. Kładę cienką warstewkę. Rozpuszczalnik nasiąka, wkrapia się, łączy jedno z drugim. Klar nie ma prawa zejść. Nie wiem jak teraz czuje się „pszczółka”, ale lakier musi być bez zarzutu (śmiech).

To był jakiś specjalny lakier?

Nie. Specjalny klar zamówił klient, któremu restaurowaliśmy mercedesa 124. Płacił 500 zł za puszkę, mimo że te za 50 – 100 zł są wystarczające. Tylko trochę gorzej schną albo trudniej się nakłada. Właściciel mercedesa chciał produkt z najwyższej półki i taki otrzymał.

Efekt?

Bajka. Duża różnica. Jest lustro. Nawet osoba, która się nie zna, to zauważy.

Farby bazowe też mogą tak bardzo się różnić jakością, składem?

Różnią się, co widać choćby po grubości powłok lakierniczych w różnych markach samochodów. Ale generalnie – bazy do malowania karoserii samochodów osobowych, ciężarowych są farbami tego samego typu. Różnice widać natomiast przy pojazdach specjalnych, przemysłowych, pracujących w trudnych warunkach. Betoniarka była malowana typowo do budowlanki – bardzo twardą farbą. Tak jak kiedyś policyjne radiowozy: passaty, volkswageny T4, nysy. Tej farby nie zmatowałeś. Mało kto o tym wie.

A „Chudy” jak się dowiedział?

Policjantom auta malowałem, żeby nie stracili czternastki, czy jak to się tam nazywało. Takie dodatkowe wypłaty otrzymywali. Jeśli auto porozbijali, zniszczyli, kasy nie dostali. Więc pryskaliśmy radiowozy po nocach. Tylko że tego lakieru za cholerę nie dało się odmatować. Męczarnia straszna. Ale dzięki temu, że stosowali specjalną farbę utwardzalną, karoseria była bardziej odporna na zarysowania, uszkodzenia. Mogli po krzakach jeździć. Niestety, do mnie też często zajeżdżali. Latałem wtedy beemką z czterolitrowym silnikiem. Zawsze było wiadomo, kto szaleje po mieście.

I?

Młody byłem, głupi. Nie uspokoiłem się. Postanowiłem auto przemalować. Zrobiłem w macie niebieskim, kierunki pozmieniałem, felgi i inne drobiazgi. Ale oni i tak wiedzieli, do kogo zapukać.

Nie ma już starej beemki, a gdzie jest ford windstar?

Jak by to powiedzieć… Rządziłem wtedy, dużo zarabiałem, zaczęło mi odbijać. Wszyscy mnie znali w Szczecinie. To znaczy – moje auto. Jak mnie drogówka zatrzymywała, to zamiast sprawdzić prawo jazdy, którego już nie miałem, malowanie oglądali. To było naprawdę cacko, choć paliło jak smok – 24 litry na 100 km. Trzylitrowy silnik, felgi z tytanu. Miałem jeszcze orurowanie zrobić. Byłby najpiękniejszy van w Polsce. Amerykański, lecz europejska bajka. Pamiętam, że zamówiłem chromowane felgi. Talerze. Gładkie. Specjalistyczna firma z Włoch je wykonała. 4 tys. zł wpłaciłem, ale tak się później zabawiłem, że nawet tych felg nie odebrałem. Miałem też wtedy sporo zamówień na artystyczne malowanie, lecz…

Życie się skomplikowało.

Właśnie. Podczas jednej z wesołych podróży przywaliliśmy w pekaes. Krzyżówka. Ustąp pierwszeństwa. I bum. Nie opłacało się robić. Przyjechali goście z Poznania. Zabrali. Odkręciłem tylko tablice rejestracyjne. I tak się skończyło. Ale dzięki temu otrzeźwiałem. Zacząłem stawać na nogi. Wróciłem do rodziny, do domu.

Powstanie jeszcze jakaś manga na aucie?

Zobaczymy. Martyna już nie ogląda bajek, ale nadal ma fioła na punkcie Japonii. A ja mam zakaz: do końca życia żadnych vanów!

Tomasz Maciejewski
Z innej strony
ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER Z NAJNOWSZYMI WIADOMOŚCIAMI Z BRANŻY TSL
Fleetguru informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies
zamknij