Trucker założył żółtą kamizelkę. Tak się zaczęła uliczna rewolucja!

20 marca
Z innej strony

Protesty we Francji mocno utrudniły funkcjonowanie branży transportowej. Kierowcy, którzy godzinami stali na blokadach, pewnie nawet nie wiedzieli, że wielką akcję ulicznych rewolucjonistów na dobre rozkręcił ich kolega po fachu.

Płonące opony na drogach, barykady przy zjazdach z autostrad, zamieszki w miastach, setki rannych, tysiące zatrzymanych – tak wyglądała Francja przez kilka tygodni na przełomie 2018 i 2019 roku. Od lutego jest spokojniej. Liczne manifestacje odbywają się już tylko w Paryżu, ale był czas, że protesty paraliżowały wszystkie duże miasta. Blokowane były węzły drogowe, magazyny paliw, centra logistyczne oraz inne ważne elementy infrastruktury komunikacyjnej i przemysłowej. Ciężarówki nie mogły dotrzeć do portów. Na granicy francusko-hiszpańskiej kierowcy tracili nawet trzydzieści godzin! Gorąco było też na trasach z Belgii i Niemiec.

O współczesnych rewolucjonistach ubranych w żółte kamizelki mówił cały świat. Ale kto, dlaczego i w jakich okolicznościach rozniecił ten rewolucyjny ogień?

Najpierw była iskra, czyli zapowiedź ograniczenia prędkości

Okazuje się, że największy ruch społeczny ostatnich lat w Europie Zachodniej zainicjowali kierowcy. Nie tylko zawodowi. Nie tylko ci, którzy jeżdżą wielkimi truckami, wszyscy zmotoryzowani. Wszyscy ci, którzy muszą coraz więcej płacić za benzynę, ubezpieczenia, przejazdy drogami szybkiego ruchu. A w portfelach mają coraz mniej.

W pierwszej ulicznej akcji uczestniczyli kierowcy kilkudziesięciu samochodów osobowych, busów, duża grupa motocyklistów. Skrzyknęli się na Facebooku. Prawie rok przed tym, jak zapłonęły ulice Paryża.

Iskrą, która zapaliła nie tylko „benzynowy świat”, była zapowiedź… ograniczenia prędkości poza terenem zabudowanym z 90 do 80 km/h. Grupę protestujących na portalu społecznościowym założył 12 stycznia 2018 roku Leandro Antonio Nogueira z Périgueux, miasteczka w południowo-zachodniej Francji. Akcja o haśle „Anger” (Gniew) błyskawicznie się rozwinęła. Mnożyły się oddziały lokalne. Po kilkunastu dniach skupiały 80 tys. osób. Wśród nich byli członkowie motoryzacyjnego stowarzyszenia Fédération Française des Motards en Colère. Prawdopodobnie ta nazwa sprawiła, że nowy ruch zaczął wkrótce funkcjonować jako „Colère” (Złość).

Brett Zhel/YouTube

W sobotę 27 stycznia internauci wyszli na ulice. W Bordeaux zebrało się 2 tys. manifestantów, w Dijon i Chaumont – kilkuset. 31-letni Leandro i jego kuzyn zmobilizowali 600 osób z Périgueux i okolic. Postanowili powtarzać protesty co sobotę. Ale już 10 lutego Leandro został aresztowany. Francuskie media relacjonowały, że to on zarządzał demonstracją. Że jest liderem „Colère”. Że manifestanci popełnili wiele wykroczeń: kilkadziesiąt razy przeszli przez bramki autostradowe bez płacenia, blokowali ruch, zakrywali tablice rejestracyjne.

Oskubani mają dość… A inni się obżerają

Na filmach i zdjęciach z tamtych wydarzeń nie widać jeszcze tłumu żółtych kamizelek. Tylko niektórzy uczestnicy marszów i pikiet mieli odblaski. Inni paradowali np. w białych t-shirtach, nałożonych na kurtki, z różnymi hasłami. A Leandro przymierzał charakterystyczną maskę, znaną z filmu „Krzyk”.

– Możemy być zadowoleni z tej pierwszej mobilizacji. Byli uczestnicy z bardzo różnych środowisk. Pokazali determinację. Muszą zostać wysłuchani. Władze powinny zdawać sobie sprawę, że ludzie mają naprawdę dość i są gotowi na wyższy bieg. Będziemy z nimi. Nasz ruch jest obecny w departamencie Dordogne, ale także wszędzie we Francji – mówił w wywiadzie dla Sudouest.fr.

Dziennikarze dopytywali, czy zmiana przepisów dotyczących limitu prędkości była tylko impulsem. Komentowali, że roszczenia „Colère” wydają się zmieniać.

– Racja. Roszczenia, poza kierowcami i rowerzystami, zgłaszają emeryci, rzemieślnicy, pracownicy, osoby pracujące na własny rachunek, pracownicy i bezrobotni, którzy nigdy wcześniej nie manifestowali i przyszli wyrazić swoją frustrację, ponieważ mają poczucie, że są oskubywani. Opłaty rosną, jesteśmy opodatkowani ze wszystkich stron, a inni się obżerają. To już nie może trwać. Ja jestem murarzem. Zarabiam 1800 euro miesięcznie, a moja żona 1200. Jednak zamykamy miesiąc z 200 euro kredytu. Mówimy „stop”. Czujemy, że jesteśmy blisko wybuchu. Nie przestaniemy. Będą inne formy protestów, dopóki nie zostaniemy wysłuchani przez rząd. Na razie działamy pokojowo, ale niektórzy chcą zaostrzyć ruch. Może będziemy musieli udać się do Paryża – prognozował Leandro Antonio Nogueira.

Wkrótce stanął przed sądem. Uliczne manifestacje słabły, ale żar rewolucji nadal się tlił. Na portalach społecznościowych pączkowały regionalne i branżowe grupy Wściekłych – „Colère”. Pisali o nędznych emeryturach, niskich płacach, wysokich składkach na ubezpieczenia, a nawet obowiązkowych szczepieniach.

Żółte kamizelki za szybą​

Media zwracały uwagę, że buntowniczy nastrój udziela się różnym grupom zawodowym i zaczyna obejmować również takie dziedziny, jak ochrona zdrowia, edukacja, rolnictwo, handel, transport. Paliwem dla drugiej wielkiej fali protestów stał się… olej napędowy. A dokładniej – zapowiedź wprowadzenia kolejnych ekopodatków. Wzrost cen na stacjach benzynowych miał zachęcić Francuzów do korzystania z pojazdów przyjaznych środowisku, ograniczyć liczbę aut z silnikami Diesla.

Ekologia, jak to zwykle bywa, zderzyła się z ekonomią. 29 maja 2018 roku na portalu Change.org zamieszczono petycję z wezwaniem do „przerwania polityki zwiększania podatków paliwowych”. Autorką apelu do rządzących była mieszkająca pod Paryżem Priscilla Ludosky, 33-letnia menedżerka internetowego sklepu z kosmetykami. Poirytowana tym, że tankowanie do pełna kosztuje coraz więcej. Przez rok paliwo we Francji zdrożało o ponad 20 proc.!

– Okazało się, że trzy czwarte ceny to podatki. Postanowiłam działać – tłumaczyła później na łamach serwisu France Info.

Do października zebrała 225 tys. głosów poparcia. Inicjatywa rozbujała się na Facebooku i Twitterze. Jej symbolem na drogach stała się wetknięta między deskę rozdzielczą a szybę samochodu odblaskowa kamizelka. Czyli to, co każdy kierowca ma pod ręką.

Żółtych kamizelek, czyli gilets jaunes – przybywało. Akcję wspierali motoryzacyjni blogerzy, zrzeszenia transportowców. Petycję podpisywały kolejne setki tysięcy obywateli. Aktywność w Internecie im nie wystarczała. Spontanicznie spotykali się na parkingach, stacjach. Przełomem okazał się pomysł zablokowania jednej z autostrad.

Eric organizuje przejażdżkę wokół Paryża

Zawodowy kierowca Eric Drouet i koledzy ze stowarzyszenie automaniaków „Muster Crew” rzucili hasło, żeby spotkać się na obwodnicy Paryża. Trochę pojeździć, spowolnić ruch. To wezwanie uznawane jest za historyczny początek masowego protestu żółtych kamizelek. 17 listopada 2018 roku, nie tylko w stolicy, wybuchła odblaskowa rewolucja. W marszach, blokadach, pikietach wzięło udział – według danych francuskiego MSW – ponad 280 tys. osób! W kilkudziesięciu miastach. Niektóre manifestacje miały bardzo burzliwy przebieg. Efekt? Dziesiątki rannych, także wśród policjantów, setki zatrzymanych. Wysoka temperatura w stolicy utrzymywała się przez kilkadziesiąt dni! W innych miastach duże demonstracje organizowano w soboty. A Drouet stał się nieformalnym rzecznikiem gilets jaunes. Często i chętnie występował przed kamerami. Uznano go za lidera buntowników, mimo że żółte kamizelki nie mają władz, hierarchii, przywódców.

Co o nim wiadomo? Urodził się w 1985 roku. Mieszka w Melun pod Paryżem. Ma żonę i sześcioletnią córkę. Pracował jako kierowca ciężarówki. Organizował zloty sportowych tuningowanych aut. Zarządza grupą „La France en Colère” na Facebooku. Zrzesza ona prawie 40 tys. osób. Jest głównym kanałem komunikacji i mobilizacji buntowników. Znaleźć tam można setki zdjęć, nagrań, komunikatów – historię trwającego już cztery miesiące obywatelskiego nieposłuszeństwa.

Zrzut ekranu z wideo Foulards Rouges - Officiel

Buntownik z trucka wrogiem numer jeden​

Nic dziwnego, że dla francuskich władz Eric Drouet stał się wrogiem numer jeden. Jeszcze pod koniec listopada na rozmowy zapraszał go minister ekologii solidarności François de Rugy. Teraz kierowca dostaje zaproszenia tylko do prokuratury i sądu. A na jego temat wypowiada się najczęściej minister spraw wewnętrznych Christophe Castaner. Zarzuca on 34-letniemu kierowcy, że „wzywa do powstania”, zbrojnego obalenia legalnych władz. Prorządowe media przypominają słowa Droueta, że „jest gotowy wejść do Elysee”. Trucker tłumaczy, że nigdy nie miał zamiaru zdobywać Pałacu Elizejskiego siłą. Chciał pójść tam po to, żeby zostać wysłuchanym.

Wizerunek rewolucjonisty utrwalają kolejne spotkania truckera z paryską policją. 22 grudnia został aresztowany i oskarżony o nielegalne posiadanie broni. Adwokat kierowcy mówił dziennikarzom, że „ta broń była tylko kawałkiem drewna, który znajdował się w torbie pana Droueta” oraz że „aresztowanie było motywowane politycznie i miało na celu zdyskredytowanie go”. Jednocześnie prokuratura informowała, że zatrzymany „został oskarżony o noszenie broni w formie pałki i udział w grupie utworzonej z zamiarem popełnienia przemocy”. W czerwcu czeka go sprawa karna. To nie koniec problemów Erica z wymiarem sprawiedliwości, bowiem 3 stycznia znów został aresztowany. Tym razem usłyszał zarzut zorganizowania nielegalnego zgromadzenia na Polach Elizejskich.

– Wszystko, co się tutaj dzieje, ma charakter polityczny – mówił reporterowi BBC po wyjściu z komisariatu.

Przeciwnicy Macrona – ze wszystkich stron sceny politycznej – zwracali uwagę, że to kolejny przypadek aresztowania pod byle pretekstem jednego z liderów gilets jaunes. Opozycja od kilku miesięcy alarmuje, że aktywiści w żółtych kamizelkach są inwigilowani, nękani, prowokowani. Pod adresem prezydenta pojawiają się oskarżenia o nadużywanie władzy. Natomiast na ulicy nadal, choć coraz ciszej, słychać hasło „Macron démission!”

Dialog pozorowany i wyborcze układanki​

Protesty słabną. Rewolucjoniści są zmęczeni. I podzieleni. Bo w ich szeregach działają ludzie lewicy, prawicy, centrum. Nie było i nie ma spójnego programu. Postulaty zgłaszane przez różne podgrupy i frakcje bywają nawet sprzeczne. Na razie największym sukcesem żółtych kamizelek jest wstrzymanie podwyżek akcyzy i kilka obietnic socjalnych – podniesienia płacy minimalnej o 100 euro, zdjęcia podatków i składek z premii rocznych i nadgodzin. W całym kraju w siedzibach władz lokalnych odbywają się konsultacje społeczne dotyczące m.in. reform gospodarczych. Macron liczy na to, że zaplanowana na dwa miesiące „Wielka Debata Narodowa” zakończy kryzys. Radykalni i odważni buntownicy, tacy jak Eric Drouet, mówią, że to dialog pozorowany. Że elity realizuję strategię „na przeczekanie”.

Wydaje się, że ważnym testem dla żółtych kamizelek będą zbliżające się eurowybory. Czy zdecentralizowany spontaniczny ruch zamieni się w formację polityczną? Czy przyłączy się do którejś z istniejących partii? Wiadomo, że 34-letni kierowca był namawiany do startu m.in. przez szefa „Patriotów” Floriana Philippota, byłego współpracownika Marine Le Pen. Gra idzie o wysoką stawkę, bo sondaże preferencji wyborczych przeprowadzane we Francji pokazują, że kilkanaście procent społeczeństwa byłoby skłonne poprzeć kandydatów reprezentujących żółte kamizelki. A skrajnie prawicowe organizacje, takie jak „Patrioci”, mają poparcie na poziomie 1–2 proc. Współpraca z gilets jaunes byłaby zatem opłacalna.

Drouet i inni regionalni liderzy na razie takie propozycje odrzucają. Przypominają, że od początku są apolityczni. Nie interesują ich partyjne rozgrywki. Problem w tym, że polityka i politycy bardzo interesują się nimi. Truckera spod Paryża kokietowała i wspomniana Le Pen, i radykalnie lewicowy Jean-Luc Mélenchon. Założony przez niego ruch Niepokornej Francji też podobno proponował Ericowi wysokie miejsce na liście wyborczej.

Wykluczony celebryta

Kierowca rewolucjonista wypromował się na ulicznych protestach. Jeśli zdecyduje się na Parlament Europejski, nie będzie musiał wracać za kółko i ciężko pracować na utrzymanie rodziny. Ale za swoje nowe życie płaci wysoką cenę. Jedni nazywają go anarchistą, inni – prawicowym radykałem. Ostro atakują go niektóre media. On odpowiada bojkotem, wielu telewizjom i gazetom odmawia wywiadów. Poczucie osaczenia i – paradoksalnie – osamotnienia wzmaga to, co słyszy na ulicach – uczestnicy protestów coraz częściej krytykują pierwszego celebrytę wśród żółtych kamizelek. Niektórzy nazywają go karierowiczem. Ogromne kontrowersje wywołała organizowana przez Droueta zbiórka darowizn – za pośrednictwem popularnego serwisu płatniczego – na leczenie rannych demonstrantów. Pytano, ile pieniędzy zgromadził, jak będzie je dzielił. Złośliwe komentarze wywołuje nawet aktywność Erica na portalach społecznościowych. A konkretnie – błędy językowe, ortograficzne, których pełno w jego wpisach. Internauci szydzą, uszczypliwie odpisują. Traktują go z pogardą. To wszystko potwierdza, że tacy ludzie jak kierowca z podparyskiego Melun, kiepsko zarabiający mieszkańcy małych miasteczek mogą czuć się wykluczeni, gorsi. Niegodni udziału w publicznej debacie. Zakładając żółte kamizelki, wypisując na nich bojowe hasła, pokazali, że to się musi zmienić.

14 lutego szef francuskiego MSW poinformował, że przez trzy miesiące protestów żółtych kamizelek przesłuchano 8,4 tys. osób, a 7,5 tys. aresztowano. Od 17 listopada, czyli pierwszych manifestacji, blokad, ulicznych zamieszek zapadło prawie 1800 wyroków skazujących. Prawie półtora tysiąca spraw czeka na rozstrzygnięcia sądowe.
Agencja France Presse informowała, że od rozpoczęcia akcji „żółte kamizelki” zginęło jedenaście osób. Co najmniej 1,7 tys. demonstrantów zostało rannych. W tym kilkadziesiąt osób – ciężko. Obrażeń doznało też 1,3 tys. policjantów, żandarmów i strażaków.

Dr hab. Maciej Kowalewski, dyrektor Instytutu Socjologii Uniwersytetu Szczecińskiego, kierownik zakładu socjologii miasta

Tego rodzaju protesty zwykle odnoszą się do dwóch wątków: ekonomicznego i politycznego. Pierwszy wiąże się – przynajmniej w Europie Zachodniej – z problemem tzw. biednych pracujących. Są to ludzie, którzy mimo dochodów z pracy nie są w stanie przebić bariery klasowej. Nie mogą też spokojnie myśleć o przyszłości. Utknęli w niższej klasie wyższej i jednocześnie uważają, że należy im się uznanie i awans społeczny. Chociażby ze względu na wysiłek związany z pracą.

Drugi wątek – polityczny – wiąże się z wykorzystaniem społecznego niezadowolenia przez ofertę populistyczną. A więc przedstawiającą łatwe rozwiązania i władzę silnej ręki, która dzięki prostym decyzjom rozprawi się z elitami i przywróci utraconą godność. I znowu będzie jak dawniej. Przekonanie, że było już lepiej i możliwy jest powrót do dawnej wielkości, jest właściwie powszechne dla oferty populistów w różnych częściach świata. Kłopot polega na tym, że najczęściej obietnicę uwolnienia od „władzy elit” przedstawiają populiści i nacjonaliści. Obiecują wyzwolenie, ale milczą na temat autorytaryzmu, który ma zastąpić dotychczasowy porządek i kulturę polityczną.

Zderzenie oczekiwania na władzę twardej ręki, przekonania o możliwej wielkości z wyobrażeniem o końcu „kultury, jaką znamy” tworzy rewolucyjną mieszankę. Na pewno w tym roku będziemy świadkami znacznie mocniejszych protestów, bo ruchy sprzeciwu – zwłaszcza w obliczu brutalnych interwencji – łatwo się radykalizują.

Tomasz Maciejewski
Z innej strony
Miej rękę na pulsie!
Najciekawsze informacje o branży TSL co tydzień na Twojej skrzynce e-mailowej
Wyrażam zgodę na przetwarzanie przez X Project sp. z o.o., moich danych osobowych w postaci adresu poczty elektronicznej w celu przesyłania mi informacji marketingowych. WIĘCEJ

Wyrażam zgodę na przetwarzanie przez X Project sp. z o.o., moich danych osobowych w postaci adresu poczty elektronicznej w celu przesyłania mi informacji marketingowych dotyczących produktów i usług oferowanych przez X Project sp. z o.o., za pomocą środków komunikacji elektronicznej, stosownie do treści przepisu art. 10 ust. 1 i 2 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Szczegółowe zasady dotyczące przetwarzania danych osobowych i zgód marketingowych wyrażone są w klauzuli informacyjnej. Przed wyrażeniem zgód marketingowych prosimy o zapoznanie się z jej treścią.

Fleetguru informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies
zamknij