Współdzielone przejazdy to przyszłość? Na Jamajce to działa już od dawna. Ale w wersji offline [fotoreportaż]

9 września
Z innej strony

Współdzielenie przejazdów nie jest wcale nowatorskim rozwiązaniem. Zachód rozwinął po prostu koncepcję, która od dawna funkcjonuje w krajach Południa. Tyle że tam to nie jest fanaberia, tylko konieczność… Doskonałym przykładem jest Jamajka, gdzie z powodzeniem działają tzw. route taxis.

Prawie wszyscy eksperci są zgodni. Współdzielenie pojazdów i przejazdów to przyszłość motoryzacji. Mówi się o rewolucji, która zaczęła się stosunkowo niedawno, ale może jeszcze znacznie zwiększyć zasięg. Bo przecież w europejskich i amerykańskich metropoliach coraz popularniejsze stają się usługi carsharingowe (wynajmowanie pojazdów na minuty). Dotyczy to nie tylko samochodów osobowych, ale także dostawczych czy elektrycznych hulajnóg. Ludzie coraz chętniej korzystają też z takich platform, jak BlaBlaCar, kontaktujących pasażerów z kierowcami pokonującymi dłuższe trasy, którzy mają wolne miejsca w autach.

Eksperci wieszczą, że w najbliższych latach ten rynek mocno się rozwinie. Z raportu PwC „The five dimensions of automotive transformation” wynika na przykład, że już w 2030 roku co trzeci kilometr przejechany w Europie będzie pokonywany w formie współdzielenia. Dlaczego taka filozofia staje się coraz popularniejsza? Powodów jest co najmniej kilka. Przede wszystkim ludzie coraz częściej nie czują potrzeby kupowania samochodów. Bo nie jeżdżą nimi codziennie, a i tak muszą ponosić opłaty związane z ich eksploatacją czy ubezpieczeniem. Rozwiązanie polegające na współdzieleniu pojazdów i przejazdów jest też na rękę miastom przeładowanym autami. W dużych aglomeracjach ciągnące się nawet przez kilka kilometrów korki to już codzienność. Tak samo jak permanentny brak miejsc parkingowych.

Nie musimy mieć Internetu, wystarczy wyjść na ulicę

Jednak nie jest tak, że współdzielenie pojazdów to jakaś innowacyjna koncepcja. Żeby się o tym przekonać, warto spojrzeć na kraje, o których zbyt często w kontekście tematów związanych z transportem się nie mówi. A jeśli się mówi, to raczej źle, np. o fatalnym stanie bezpieczeństwa na drogach.

Pewne jest to, że Jamajczycy, mieszkańcy wyspy położonej na Morzu Karaibskim, już od dawna współdzielą ze sobą przejazdy. Nie korzystają przy tym z usług firm carsharingowych, bo ich na tamtejszym rynku po prostu nie ma. Tak samo jak Ubera czy popularnego w Ameryce Lyfta. Co ciekawe – żeby znaleźć samochód, który jedzie w interesującym nas kierunku, nie musimy mieć dostępu do Internetu. Wystarczy, że wyjdziemy na ulicę. W zasadzie nie trzeba go nawet szukać. Kierowca sam nas znajdzie, zatrąbi, spyta o drogę, zatrzyma się i zabierze.

To oni znajdują ciebie

Ulice jamajskich miast i miasteczek, bardzo ruchliwe, tętniące życiem i gwarne, pełne są bowiem taksówek. I w zasadzie nikt, oprócz turystów pochowanych w bardziej lub mniej luksusowych hotelach nad morzem, nie korzysta z opcji chartered taxi. Bo przejazd taksówką tylko w towarzystwie kierowcy jest bardzo drogi. Pokonanie jedynie kilku kilometrów może kosztować nawet 10 dolarów amerykańskich (na Jamajce środkiem płatniczym jest co prawda dolar jamajski, ale często ceny, szczególnie usług, podawane są w amerykańskiej walucie – przyp. red.).

Z czego zatem Jamajczycy najchętniej korzystają? Z tzw. route taxis. Są to pojazdy (raczej osobówki, najczęściej białe toyoty corolle w wersji kombi, ale zdarzają się też vany), które jadą po określonej trasie. W większych miastach (takich jak stolica kraju Kingston lub Montego Bay) poruszają się między konkretnymi dzielnicami, najpopularniejszymi węzłami przesiadkowymi. Można nimi także przemieścić się z jednego mniejszego miasta do drugiego.

– Kierowcy route taxis to nie tylko taksówkarze, to także handlarze, kombinatorzy – śmieje się Aaron, właściciel firmy cateringowej z Kingston. – Żeby biznes im się opłacał, muszą zdobyć jak najwięcej klientów. Dlatego ich się nie znajduje, to oni znajdują ciebie.

Polowanie na piechura

Jak to wygląda w praktyce? Przyjmijmy, że route taxi krąży między dwoma miastami oddalonymi od siebie o kilkadziesiąt kilometrów. Jeśli znajdujemy się na trasie pojazdu, może to być ruchliwa ulica lub zupełne pustkowie z dala od jakichkolwiek zabudowań, kierowca z pewnością da znać, że chętnie by nas gdzieś zawiózł. O ile oczywiście ma wolne miejsce. Nie oznacza to jednak, że w osobowym aucie będziemy mieli co najwyżej dwóch współpasażerów. Będzie ich tylu, ilu się do samochodu zmieści. Czyli? Zdarza się, że jedną osobówką podróżuje pięciu pasażerów i kierowca. Albo jeszcze więcej osób. To w przypadku, gdy właściciel auta zdecydował się przerobić bagażnik i wstawił tam kolejną kanapę dla pasażerów. A na Jamajce wcale nie jest to rzadkością.

Jak taksówkarz, który dysponuje choćby jednym wolnym miejscem (albo połówką), szuka kolejnych klientów? Poluje na piechurów. Trąbi na nich i przez otwartą szybę wykrzykuje nazwę miejscowości – kierunku podróży. Zdarza się, że zatrzymuje się i namawia. Potem przychodzi czas na negocjacje ceny podróży. Ale ta, jak na jamajskie realia, jest bardzo przystępna. Przejechanie 30 km może kosztować jedynie 2 dolary amerykańskie. To mniej więcej tyle, ile w barze zapłacimy za małą butelkę jamajskiego piwa – Red Stripe’a.

Masz trochę pieniędzy? Kupujesz auto i wozisz ludzi

Rotacja pasażerów w route taxis jest duża. Bo nie wszyscy jadą ze „stacji początkowej” do „końcowej”. A tam, gdzie wysiądzie jeden pasażer, może przecież wsiąść inny. Albo dwóch! Zresztą im większa liczba pasażerów, tym rosną szanse na ciekawą pogawędkę z nietuzinkową osobą. Dzięki temu można trzymać nerwy na wodzy wtedy, gdy np. w połowie trasy kierowca postanowi zatrzymać się i zrobić w sklepie zakupy. Albo porozmawiać z dawno niewidzianym znajomym.

Żeby prowadzić route taxi, potrzebna jest licencja. O tym, że kierowca wykonuje przewóz osób legalnie, informuje m.in. specjalne oznaczenie, widoczne na drzwiach taksówki od strony kierowcy.

– Ale po całej Jamajce jeździ wielu kierowców, którzy żadnymi pozwoleniami się nie kłopoczą – tłumaczy Derrick, legalny taksówkarz, który operuje między Oracabessą (miasteczko, w którym Ian Fleming napisał „Jamesa Bonda”) a Ocho Rios. – U nas działa to tak: masz trochę pieniędzy, kupujesz auto i wozisz ludzi. Jeśli zatrzyma cię policja, zawsze możesz z nimi ponegocjować. Oni lubią sobie „porozmawiać”.

Może napój, może ciasteczko?

Przemierzając wyspę ma się nieodparte wrażenie, że w branży taksówkarskiej pracuje większość Jamajczyków. Nie Jamajek, bo one akurat przewozem osób w ogóle się nie zajmują. Ale ludzi wozi się nie tylko białymi corrolami w wersji kombi. Na dłuższych trasach, czyli w tamtejszych realiach 100-kilometrowych (mniej więcej tyle dzieli północne wybrzeże od południowego, z kolei wschodni koniec wyspy jest oddalony od zachodniego o ok. 300 km), często operują busy.

Kierowca takiego pojazdu nie zajmuje się jednak nagabywaniem potencjalnych klientów. On ma od tego ludzi. Zazwyczaj kilku. Krążą w pobliżu miejsca, skąd pojazd startuje, i szukają chętnych na przejażdżkę. To z nimi ustala się cenę. To oni wskazują wolne miejsce w busie.

Naganiacze nie wsiadają jednak z pasażerami do pojazdu. Jest za to człowiek, który zajmuje się zbieraniem od pasażerów pieniędzy. Zazwyczaj stoi, bo miejsc siedzących już nie ma (nawet w przejściu pomiędzy siedzeniami kładzie się deski, na których można przycupnąć), przy otwartych drzwiach, posyłając różne, czasami zaskakujące komunikaty („Siostro, wyglądasz dziś bardzo dobrze!”) do mijanych po drodze ludzi. A między palcami trzyma zwitki posegregowanych banknotów. Musi być przecież przygotowany na każdą okazję.

Czasami do busa wsiadają na kilka minut ludzie, którzy sprzedają podróżnym przekąski (orzeszki, chipsy, owoce) oraz napoje. Pokażą to, co mają pasażerom do zaoferowania, sprzedadzą to i owo, następnie dadzą znać kierowcy, że chcą wysiąść. Po chwili już ich w pojeździe nie ma.

Bo auta są za drogie

Jamajka to tylko przykład kraju, w którym współdzielenie pojazdów od dawna jest czymś normalnym. Podobnie transport funkcjonuje także w innych państwach na Karaibach, w Ameryce Południowej, Afryce i Azji. Dlaczego współdzielenie cieszy się tam tak dużą popularnością?

– Wszystkiemu winna bieda – mówi Derrick. – U nas publicznego transportu prawie nie ma, pojazdy komunikacji miejskiej kursują tylko po Kingston i w okolicach stolicy, działa jedna firma autobusowa przewożąca ludzi między największymi miastami (to Knutsford Express, jednak cena przejazdu jest dziesięciokrotnie wyższa niż podróż na takiej samej trasie taksówką – przyp. red.). Jak ludzie mają się więc przemieszczać, załatwiać sprawy w innym mieście, jechać do pracy? Dla nas, Jamajczyków, kupno auta to bardzo duży wydatek. Dlatego route taxi to jedyny środek transportu, na który ludzie mogą sobie pozwolić. A przy okazji bywa wesoło. Bo my, Jamajczycy, nie lubimy narzekać, wolimy się uśmiechać, pogadać ze sobą, cieszyć się życiem!

Współdzielenie przejazdów jest też czymś, czego w krajach Zachodu coraz bardziej brakuje. Byciem z drugim człowiekiem.

Jakub Ziębka
Z innej strony
Miej rękę na pulsie!
Najciekawsze informacje o branży TSL co tydzień na Twojej skrzynce e-mailowej
Wyrażam zgodę na przetwarzanie przez X Project sp. z o.o., moich danych osobowych w postaci adresu poczty elektronicznej w celu przesyłania mi informacji marketingowych. WIĘCEJ

Wyrażam zgodę na przetwarzanie przez X Project sp. z o.o., moich danych osobowych w postaci adresu poczty elektronicznej w celu przesyłania mi informacji marketingowych dotyczących produktów i usług oferowanych przez X Project sp. z o.o., za pomocą środków komunikacji elektronicznej, stosownie do treści przepisu art. 10 ust. 1 i 2 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Szczegółowe zasady dotyczące przetwarzania danych osobowych i zgód marketingowych wyrażone są w klauzuli informacyjnej. Przed wyrażeniem zgód marketingowych prosimy o zapoznanie się z jej treścią.

Fleetguru informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies
zamknij