Przez Amerykę z krzyżem na szyi i różańcem w kieszeni. Dla Hioba wiara jest bardzo ważna

7 listopada
Z innej strony

– Moim celem jest docieranie do tych, którym jest nie po drodze do kościoła. Może być najwspanialszy ksiądz i mieć najbardziej porywające kazania, ale jak ktoś na to kazanie nie przyjdzie, to go nie usłyszy – mówi w rozmowie z Fleetguru Piotr Jaskiernia, znany w Internecie jako Hiob.

„Jestem truckerem, który spotkał na swej drodze Boga i nie może przestać o tym mówić” – tak brzmi opis twitterowego konta polskiego kierowcy ciężarówki od kilkunastu lat jeżdżącego po Stanach Zjednoczonych. Hiob, bo taki przydomek ma Piotr Jaskiernia, udziela się jednak w wielu internetowych kanałach społecznościowych. Publikuje vlogi na YouTube, jest obecny na Facebooku, ma swoją stronę internetową. Ze swadą opowiada o realiach swojej pracy, ale także o dużo poważniejszej sprawie – o wierze.

Fot. archiwum Piotra Jaskierni

Mikołaj Radomski: Kim jest Piotr Jaskiernia, czyli Hiob?

Hiob: Mam 61 lat. Wychowałem się w Krakowie, ale rodzice pochodzą z Marcyporęby – wioski leżącej między Skawiną a Wadowicami. Zwykle spędzałem w tym miejscu wakacje u babci. Ciągle mam tam liczną rodzinę. Od 1982 roku mieszkam w Stanach Zjednoczonych.

I jeździsz ciężarówkami.

Jako zawodowy kierowca zacząłem pracować w 1977 roku w Polsce, mając 20 lat. Więc jeżdżę już 41 lat. Początkowo pracowałem w Łączności jako kierowca żuka. Potem w Transbudzie. Tam już jako pomocnik kierowcy w ciągniku balastowym tatra i pomocnik operatora dźwigu na podwoziu stara 66 i jelcza 317. Później byłem kierowcą dyrektora, jeździłem fiatem 125p. Gdy miałem 24 lata, wyjechałem „na chwilę” do USA. Plan był taki, że chciałem zarobić na taksówkę, mieszkanie i wrócić do Polski. Stan wojenny i realia, jakie zobaczyłem na Zachodzie, zmieniły go nieco. Zostałem tu na stałe. Dwa miesiące po przyjeździe do USA, w kwietniu 1982 roku, zostałem truckdriverem. Pierwsze lata były na etacie. W 1986 roku kupiłem własną ciężarówkę i do 2011 roku roku byłem ownerem-operatorem. Miałem chyba dziesięć ciężarówek, najpierw kenworthy: K100, W900 i T600, później volvo VNL 770 i 780. A teraz znowu wróciłem na etat i pracuję lokalnie, rozwożąc towar do sklepów spożywczych.

Fot. archiwum Piotra Jaskierni

Ale nie można nazwać cię zwykłym kierowcą. Jesteś popularnym, choćby na YouTube, kaznodzieją zza kierownicy, Hiobem.

Nie nazwałbym się „kaznodzieją zza kierownicy”. Przynajmniej nie uważam się za kogoś takiego. Ale wiara jest bardzo ważna w moim życiu, a chrześcijaństwo ma „wbudowane” w swą istotę ewangelizowanie. Każdy chrześcijanin powinien być misjonarzem, niekoniecznie takim jadącym do Afryki. Ale każdy powinien dawać świadectwo wiary – albo przez aktywne rozmawianie o tym, albo przynajmniej przez pokazywanie swej wiary życiem.

Jak zostałeś Hiobem?

Trochę przez przypadek, choć ja w przypadki nie wierzę. Kiedyś byłem nałogowym czatoholikiem. Nieraz całą noc przesiedziałem przed komputerem, dyskutując z innymi ludźmi na różne tematy, najczęściej związane z wiarą. A ponieważ były to zwykle czaty chrześcijańskie, rejestrowałem się jako jakaś postać związana z wiarą. Albo jako Kefas, albo Jonasz, albo Hiob, albo jeszcze inna biblijna postać. Potem niejaki Wicuś namówił mnie na założenie stronki, na której mógłbym się podzielić swoimi wspomnieniami z pielgrzymki Ojca Świętego do Polski w 2002 roku. Ponieważ tego dnia zarejestrowałem się jako „Hiob”, Wicuś dał taki adres mojej stronce. Ona już nie istnieje, ale miała adres „hiob.prv.pl”. I tak zostałem Hiobem na dobre. Odtąd, będąc dumnym właścicielem portalu w Internecie, zawsze się rejestrowałem jako Hiob. To chyba tyle, co można by powiedzieć na temat mojego nicka. Podsumowując, Hiob – ten biblijny – po prostu imponuje mi swoją niezachwianą wiarą i bezgrzesznością. Hiob nas uczy, że nawet gdy się nam świat wali, gdy się wszystko sypie, gdy nie wiemy, co się dzieje, gdy dopadną nas trudności finansowe, gdy popadamy w chorobę, jest zawsze ktoś, na kogo możemy liczyć i kto nas nigdy nie zawiedzie. Możemy mu ofiarować nasze cierpienie i zjednoczyć się z nim w jego cierpieniu, „dopełniając braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół”, jak uczy św. Paweł w liście do Kolosan (1,24).

Jesteśmy przyzwyczajeni, że monopol na mówienie o wierze mają księża, ewentualnie świeccy katecheci. Ty łamiesz ten stereotyp. A do tego jesteś kierowcą ciężarówki. Kiedy poczułeś takie powołanie?

Fot. archiwum Piotra Jaskierni

Teraz, gdy patrzę na swoje życie z perspektywy tych 60 lat, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wszystko prowadziło do tego, gdzie teraz się znalazłem. Bardzo duży wpływ na to miał Jan Paweł II. Od dziecka byłem motomaniakiem. Uczyłem się czytać z czasopism motoryzacyjnych, wydawałem kieszonkowe na katalogi, które były bardzo trudno dostępne w PRL-u, i na prasę motoryzacyjną, także obcojęzyczną. Czytałem czeski „Svět Motoru” i francuski „L’Automobile”, mimo że nie znałem tych języków. Ale dane techniczne były zrozumiałe.

Wychowałem się w domu bez auta. Pierwszym samochodem w rodzinie był mój mercedes 170V, rocznik 1936, który kupiłem w 1975 roku za pieniądze zarobione w czasie wakacji. I nie był to żaden klasyk. To było stare auto, ciągle się psujące, ale jedyne, jakie mogłem znaleźć za te parę tysięcy złotych, jakie miałem do dyspozycji. Gdy przyleciałem do Stanów w 1982 roku, mając 24 lata, dalej bardziej mnie interesowała motoryzacja niż wiara. Nigdy nawet nie przypuszczałem, że będę publicznie mówił o wierze, przyznawał się do tego, czy wyjaśniał jej zasady. Bardziej mi zaprzątały głowę moje fordy mustangi niż Bóg. Ale narodziny bardzo chorego dziecka zmieniły wszystko w moim życiu. Fascynacja motoryzacją pozostała, ale wiara stała się najważniejsza.

Czy w USA to normalne, że o Bogu rozmawia się w ciężarówce, w drodze?

Amerykanie są, generalnie rzecz biorąc, bardzo wierzącym społeczeństwem. Jednak są też bardzo zróżnicowani pod względem wiary. Katolicy to zaledwie jakieś 20 proc. Amerykanów. Jest wielu protestantów, ewangelików, ale wśród nich mamy całe spektrum podejść do wiary. Niektórzy są bardzo liberalni, inni niezwykle konserwatywni. Do tego mamy świadków Jehowy i mormonów – sekty wywodzące się z USA, oraz deistów, wyznawców jakichś form new age. Prezydent USA każde przemówienie do narodu kończy wspomnieniem Boga, ale czasem trudno wyczuć, o jakim Bogu myśli. A ludzie postępują tak, jak wierzą. Są tacy, którzy przy każdej okazji starają się nawracać, i tacy, którzy uważają, że wiara jest rzeczą prywatną albo że nie wypada poruszać takich tematów.

Główna różnica między podejściem do wiary w Polsce i w USA jest taka, że jeśli już ktoś zacznie dyskusję o wierze, to się go tu, w Stanach, nie obraża, nie uważa za nawiedzonego, za jakiegoś dziwaka. Co najwyżej stwierdza się, że nas ten temat nie interesuje. Jednak nieraz byłem świadkiem ciekawych dyskusji, np. wśród mechaników w warsztacie, na przerwie śniadaniowej, na temat Biblii i wiary. Nikt się temu nie dziwił. Rzecz chyba trudna do wyobrażenia w polskich realiach.

Fot. archiwum Piotra Jaskierni

W Polsce wiara to temat tabu. Chętnie mówi się za to o Kościele, klerze...

W Stanach częściej można spotkać nalepkę na zderzak „We love our priests” („Kochamy naszych księży” – przyp. red.) niż krytykę kleru. Oczywiście bywają stereotypowe reakcje niektórych ludzi, ale to nie jest tak częste, jak w Polsce.

Może warto by taką naklejkę wprowadzić u nas?

To jest pewien problem w polskiej rzeczywistości. Mamy społeczeństwo, które teoretycznie w olbrzymiej większości uważa się za katolików, ale w praktyce nie ma pojęcia ani o tym, czego naucza Kościół, ani jak wiele robi dobrego. Popularność antyklerykalnych wydawnictw, periodyków, filmów jest wśród Polaków zdumiewająca. Z drugiej strony nie pomaga brak przejrzystości, np. w kwestii finansów parafii. W USA każdy może sprawdzić sprawozdanie budżetowe – ile zebrano, ile wydano i na co. Tu zajmuje się tym administracja parafii, nie proboszcz. Przynajmniej w dużych parafiach. W naszej to sprawozdanie jest dostępne online.

Czy amerykańscy kierowcy zawierzają się św. Krzysztofowi? Meksykanie to chyba budują całe ołtarzyki maryjne w szoferkach?

Meksykanie często mają wizerunek Matki Bożej z Guadalupe na samochodzie, także na osobowych autach. Ewangelicy czasem mają całe murale na truckach, np. ze scenami z ukrzyżowania Pana Jezusa. Natomiast kult św. Krzysztofa nie jest bardzo popularny, bo tu katolicy są mniejszością, a dla protestantów zwykle nie istnieją żadni święci. Poza tymi, którzy są wymienieni w Biblii.

A jak wyglądają twoje dewocjonalia w aucie? I czym jeździsz w pracy?

Gdy zaczynałem karierę kierowcy, wydrapałem na kierownicy napis „Boże, prowadź”. Ale to bardziej ze strachu niż z wiary. Po prostu skoczyłem na głęboką wodę, nie umiejąc pływać. Zacząłem jeździć nie znając praktycznie języka i nie potrafiąc prowadzić ciężarówki. Miałem co prawda polskie prawo jazdy kategorii C+E, ale zrobione na wewnętrznym kursie w Transbudzie. Nauka jazdy to była dwugodzinna przejażdżka kamazem, egzamin to kilkaset metrów jazdy na wprost starem 28 z 3-tonową przyczepką, której nawet nie było widać w lusterkach. Uczyć się musiałem sam. I to szybko. W swoim trucku miałem jakąś ikonę Matki Boskiej Częstochowskiej, krucyfiks i wizerunek twarzy z Całunu Turyńskiego, ale teraz jeżdżę codziennie inną ciężarówką i nie ma w niej żadnych religijnych akcentów. Ja natomiast zawsze noszę widoczny, duży krucyfiks, w kieszeni mam różaniec. W pracy mamy ciężarówki volvo VNL 300, czyli bez sypialni, z volvowskimi silnikami D13 430 KM i automatycznymi skrzyniami Ishift.

Fot. archiwum Piotra Jaskierni

Prowadzisz videobloga, relacje na żywo z szoferki, podczas których modlisz się, nagrywasz komentarze do czytań z Pisma Świętego. Do kogo się zwracasz i jakie jest twoje najważniejsze przesłanie? Co powiedziałbyś polskim kierowcom ciężarówek?

Moim celem jest docieranie do tych, którym jest nie po drodze do kościoła. Może być najwspanialszy ksiądz i mieć najbardziej porywające kazania, ale jak ktoś na to kazanie nie przyjdzie, to go nie usłyszy. A do mnie zaglądają osoby, które chcą pozwiedzać USA, porozmawiać o motoryzacji, o pracy w Ameryce, a przy okazji nieraz są świadkami ciekawych dyskusji o rzeczach ważniejszych niż praca i auta.

Jednak wśród moich przyjaciół, podróżujących ze mną wirtualnie, mam cale spektrum osób. Są głęboko wierzący, szukający, agnostycy i ateiści, kierowcy zawodowi, osoby chore, dla których Internet jest oknem na świat, bardzo młodzi i osoby starsze. Udało nam się stworzyć bardzo ciekawą minispołeczność, składającą się z bardzo różnych osób. A moje najważniejsze przesłanie? Cóż... Chyba takie, że nie kasa jest najważniejsza. Jestem przekonany, że gdy postawimy Boga na pierwszym miejscu, to wszystko inne wskoczy na właściwe miejsca. Bo Bóg nie objawił się nam i nie przekazał nam swych przykazań, swoistej instrukcji, jak żyć, by nam zepsuć zabawę, ale po to, byśmy byli szczęśliwi. Nie tylko po śmierci w niebie, ale także tu i teraz.

Który z twoich filmików miał największą publikę, odsłon na YouTube?

Na Youtube najpopularniejsze są filmy związane z motoryzacją. Jeden z filmów o małym fiacie, którego tu sobie sprowadziłem, ma już ponad milion widzów.

Co zamierzasz robić na emeryturze?

Do emerytury zostało jeszcze kilka lat. Mój normalny wiek emerytalny w USA to 66,5 roku, ale planuję zostać emerytem w wieku 65 lat, po 45 latach pracy. Przejechałem już ponad 8 mln kilometrów. Tu się dużo jeździ. Zwykle czteroletnią ciężarówkę wymieniałem na nową i miała ona ok. 1 mln km przebiegu. Nawet teraz, gdy jestem lokalnym kierowcą i codziennie śpię w domu, przejeżdżam 3 tys. km tygodniowo, czyli 150 tys. rocznie.

Mikołaj Radomski
Z innej strony
Miej rękę na pulsie!
Najciekawsze informacje o branży TSL co tydzień na Twojej skrzynce e-mailowej
Fleetguru informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies
zamknij