Warszawski Cierp, czyli taksówkarz i przyszły burmistrz w air maksach

6 czerwca
Z innej strony

O tym, jak jeździ się po Warszawie, dlaczego warto byłoby wprowadzić opłatę za wjazd do centrum, co zmienić na rynku taxi i jak pomóc, gdy klientce pójdzie oczko w rajstopach opowiada w rozmowie z Fleetguru Cezary Król, znany jako Warszawski Cierp.

Jest chyba najbardziej znanym warszawskim taksówkarzem blogerem, a także społecznikiem i samorządowcem. Jednego dnia zbiera słodycze dla dzieciaków z warszawskich szpitali i wozi za darmo emerytów kombatantów, innym razem szaleje na protestach przeciwko „Lex Uber”. Stara się być wyrazisty. Nie unika trudnych tematów. Zaraża dobrym humorem. Walczy ze stereotypem „złotówy”, który zawsze narzeka, jeździ zdezelowanym autem i naciąga klientów.

– Pokażę wam, że można cierpieć na wesoło – obiecuje Cezary Król, rozpoczynając wideoprzejażdżkę po stolicy.

Od dwunastu lat pracuje jako taksówkarz. Od 2017 roku prowadzi swój fanpage. Widać go na Facebooku, InstagramieYouTube. Od niedawna jest radnym dzielnicy Ochota. Całe dnie spędza za kółkiem, nie tylko wożąc klientów. W maju dostarczał całe torby prezentów dla pacjentów Instytutu Matki i Dziecka. Wcześniej zbierał pieniądze i organizował transport dla podopiecznych fundacji Herosi, która pomaga dzieciom z chorobami nowotworowymi oraz wychowankom domów dziecka. Uczestniczył w Szlachetnej Paczce, fundował wsparcie dla seniorów, angażował w akcje charytatywne kolegów po fachu i sąsiadów.

Raz zakłada T-shirt z hasłem „Łobuz”, innym razem paraduje w koszulce z napisem „Będę wdzięczny”. Ale zawsze się uśmiecha. Ma setki pomysłów na minutę. I zawsze mu się chce. Żartuje, że taksiarz musi być dla pasażerów dobrym kumplem, a czasem księdzem spowiednikiem, psychiatrą. 33-letni kierowca zapowiada, że będzie ubiegał się o stanowisko… burmistrza Ochoty. A później może nawet prezydenta Warszawy! Tak ambitny i szalony jest właśnie Cezary Król, czyli Warszawski Cierp.

Fot. archiwum Cezarego Króla

Tomasz Maciejewski: Dlaczego Cierp? To chyba warszawska gwara…

Cezary Król: Cierp to skrót od słowa cierpiarz. Dawniej cierpami nazywano taksówkarzy, którzy wiecznie na coś narzekali. Na pracę, zarobki, klientów, politykę, za krótkie kursy. To taki typ dusigrosza, co na wszystkim musi zaoszczędzić. Umyje auto przy użyciu jedynie butelki wody i szmatki lub szczotki albo przepchnie samochód na postoju, bo szkoda rozrusznika czy paliwa.

Masz dystans do siebie i do tej roboty.

Chcę pokazywać, że jest inaczej, jednocześnie piętnując i nabijając się z tych zwyczajów cierpów. Z pełną świadomością ironii nazwałem się Warszawskim Cierpem. Bardzo lubię łamać stereotypy, wychodzić poza ramy pewnych schematów i zachowań.

Ale zanim zostałeś Warszawskim Cierpem, przez ponad dziesięć lat byłeś po prostu jednym z tysięcy warszawskich taksówkarzy. Skąd pomysł na stworzenie fanpage’a?

Zrodził się m.in. jako sprzeciw wobec coraz częściej pojawiających się komentarzy w Internecie, godzących w nasze środowisko. Miałem dość czytania sloganów typu: taksówkarze to wąsate Janusze, jeżdżą rozklekotanymi furami, śmierdzą fajkami, oszukują klientów, mają syf w autach, jeżdżą naokoło, a za 20 zł to nie chce im się silnika odpalić.

Tobie się chce. Kiedy wrzucasz zdjęcia, filmy, opisy? Podczas postoju, między kursami?

Też. Nie lubię marnować czasu i wciąż szukam czegoś, co może mi go wypełnić i nie pozwolić popaść w monotonię. Aktywnie, maksymalnie wykorzystuję czas między zleceniami na realizację i dopracowywanie moich pomysłów.

Zamiast wyciągnąć się w fotelu i zdrzemnąć, produkujesz się na Facebooku, organizujesz akcje charytatywne, rozmaite zrzutki, paczki, bezpłatne transporty pacjentów z Warszawy do Trójmiasta. Masz poczucie misji?

Moje działania można nazwać misją. Misją pokazania społeczeństwu, że jesteśmy zupełnie inni niż nasz obraz, jaki próbuje się prezentować w sieci. Dziś taksówkarze już nie są i nie czują się panami, i nie chcą być tak odbierani. Są przedsiębiorcami poruszającymi się coraz lepszymi, często nowymi autami, którzy chcą oferować swoje usługi na jak najwyższym poziomie i ku zadowoleniu klienta. Tak, by do nich wrócił. Oczywiście, jak w każdej rodzinie, tak i u nas trafiają się czarne owce.

Tak, chcę pokazać, że taksiarz to nie tylko szofer, który zawiezie cię z punktu A do punktu B, ale człowiek, który ma ciekawe hobby, włącza się w życie lokalnych społeczności oraz bezinteresownie pomaga innym.

Fot. archiwum Cezarego Króla

Gdybyś nie był cierpem, też byś działał, pomagał? Spłacasz jakiś dług wobec społeczeństwa? Wydarzyło się coś przełomowego w twoim życiu?

Na szczęście nie mam żadnego długu wobec społeczeństwa. To nie tak, że kiedyś ja otrzymałem wsparcie, to dziś odwdzięczam się innym. Po prostu od zawsze byłem uczony, żeby pomagać innym. Od zawsze udzielam się społecznie. Z akcjami charytatywnymi było tak, że one mi chodziły po głowie już wcześniej, a w przekonaniu, że warto się angażować, utwierdzili mnie koledzy z taxi. Jeden podrzucił temat Szlachetnej Paczki. Drugi, że może w czasie protestu zrobimy jakaś zrzutkę. A że ja miałem podobny pomysł i byłem już znany, ruszyliśmy z tematem. Miało to być jednorazowe, ale za bardzo mi się spodobało i te akcje zacząłem rozszerzać, zarażać nimi innych taksiarzy, którzy oczywiście bardzo odpowiednio zareagowali na pomysły. I to urosło do takich rozmiarów. I rośnie nadal.

Mówisz, że byłeś już znany, a teraz to chyba jesteś sławny. Jak traktują cię koledzy kierowcy?

Projekt został bardzo dobrze przyjęty. Nie tylko w Warszawie, ale i w całej Polsce. Wiele pozytywnych komentarzy o mojej działalności płynie ze środowiska taxi. Co ciekawe, podobne sygnały dostaję także z drugiej strony, czyli tych nielegalnych. Rozpoznawalność jest przyjemna i pomocna. Wydaje mi się, że mam pewien wpływ na ludzi z branży. Pomaga to choćby przy organizacji zbiórek czy akcji charytatywnych. Wiem, że mogę liczyć na pomoc i wsparcie kolegów, na czym korzystają oczywiście najbardziej potrzebujący.

Wśród twoich fanów są też kierowcy spoza Warszawy.

Często, gdy odwiedzam inne miasta, spotykam się z miejscowymi taksówkarzami. Chcą pogadać, pogratulować czy cyknąć sobie wspólną fotę. Raz, gdy byłem na nartach na Słowacji, podszedł do mnie Polak i powiedział: chcę uścisnąć dłoń Warszawskiego Cierpa. To było bardzo zaskakujące, ale i bardzo miłe.

A ci, których wozisz? Również pstrykają fotki?

Pasażerowie najczęściej dopytują się, co znaczy „cierp”. Wtedy szybko im tłumaczę i bardzo często zdarza się, że jeszcze podczas jazdy mam nowych fanów na Facebooku i YouTube. Klienci bardzo sobie chwalą naklejkę na drzwiach od zewnątrz, gdzie widnieje napis „Uśmiechnij się. Będzie Cię wiózł warszawski cierp”. Ludzie otwierają drzwi i zanim wsiądą, mówią: „Dzień dobry, już się uśmiecham, proszę pana”. I to jest bardzo miłe.

Fot. archiwum Cezarego Króla

Nie zawsze jest miło. Jako osoba publiczna zyskujesz popularność, ale twojej działalności towarzyszą również nieprzychylne komentarze. Nawet hejt. Jak to przyjmujesz?

Zawsze z krytyką radziłem sobie bardzo dobrze. Zawsze liczyłem się i liczę z tym, że kiedyś hejt czy duża krytyka na mnie spadną. Byłem i jestem w pełni świadom, że gdy wychodzisz przed szereg, stajesz się osobą publiczną, wystawiasz się na opinie przeróżnych osób w Internecie czy w życiu codziennym. Starałem się i staram robić wszystko tak, żeby tego hejtu uniknąć.

Najostrzejsze ataki nastąpiły chyba po ujawnieniu, a raczej przypomnieniu twojej akcji z blokowaniem, wyzywaniem i rzucaniem jajkami w nielegalnego przewoźnika?

Akcja „jajka” była zupełnie niepotrzebna i było to bardzo, bardzo nieodpowiedzialne zachowanie z mojej strony. Ten film już wcześniej był w sieci, ale dopiero gdy stałem się radnym i Warszawskim Cierpem, został odgrzany. Zrobiło się zamieszanie. Wtedy pierwszy raz doświadczyłem prawdziwego hejtu. I o dziwo bardzo spokojnie go przeżyłem. Jeden moment bardzo dotknął moją żonę. Mianowicie w komentarzach pod filmem ktoś ściągnął zdjęcie z Facebooka z moją córką. Wkleił je w komentarz i podpisał bardzo niewłaściwie. Ja przetrwałem tamten czas i dzięki niemu jestem jeszcze bardziej zmotywowany do dalszej pracy. Wiem, ż nie ma już nic innego, co mogłoby w jakikolwiek sposób mnie zdyskredytować, więc spokojnie żyję. Z dnia na dzień.

Jeśli chodzi o krytykę, jestem zawsze otwarty. Jednak chodzi mi o konstruktywną krytykę. Taką, gdy ktoś nie zgodzi się moim zdaniem, ale przedstawi swoje i uargumentuje je. Wtedy nie ma żadnego problemu. Możemy rozmawiać, dyskutować, spierać się.

Jesteś już nie tylko taksówkarzem, ale również samorządowcem. Masz ambicje polityczne. Czytałem, że chcesz ubiegać się o stanowisko burmistrza Ochoty, a później – prezydenta Warszawy.

Plany na najbliższą przyszłość to jak najlepsze sprawowanie mandatu radnego i wywiązanie się z celów, jakie przed sobą postawiłem. Zawsze chciałem pracować w terenie. Nie nadaję się do siedzenia osiem godzin za biurkiem. Moim marzeniem jest zostanie burmistrzem dzielnicy Ochota. Zarządzanie dzielnicą, w której się urodziłem i mieszkam, którą znam od zawsze, na terenie której wszędzie mam sąsiadów i znajomych – to moje marzenie. Obecnie chcę także skończyć studia. Na naukę nigdy nie jest za późno.

Mój cel w polityce to uczynić ją bardziej ludzką, bliższą mieszkańcowi. Chcę zrobić w polityce to samo, co w zawodzie taxi. Stworzyć takiego – pewnego rodzaju – politycznego cierpa, który wyjdzie poza ramy działania polityków i samorządowców. Chcę zostać burmistrzem, do którego będą chcieli przyjść wszyscy mieszkańcy. Młode małżeństwa, samotne matki, osoby starsze, wspólnoty mieszkaniowe, młodzież czy dzieciaki. Mówię o sobie, że będę burmistrzem w air maksach [model butów marki Nike – przyp. red.]. I coś w tym jest. Wyjście spod krawata i całej tej oficjalnej otoczki urzędu i stanowiska kosztem bycia bardziej ludzkim, bardziej przychylnym dla mieszkańców. Chcę być burmistrzem, ale wciąż pozostać ich sąsiadem, kolegą, znajomym, ziomkiem.

Fot. archiwum Cezarego Króla

Chciałbyś objąć to stanowisko już w 2023 roku?

Mam nadzieję, że uda się realnie powalczyć o fotel burmistrza już w następnych wyborach samorządowych. Po drodze są wybory parlamentarne i też mogą wiele pozmieniać. Zdążyłem się już nauczyć, że polityka jest bardzo przewrotna. Myślisz o pewnych stanowiskach, pozycjach, które chcesz osiągnąć za kilka lat, tymczasem nagle wybucha jaka sprawa, czasem skandal, afera czy sprawy osobiste, które tworzą wakat na obranym przez ciebie na przyszłość stanowisku. I nagle przyszłość dzieje się dziś.

Mówisz jak rasowy polityk. Co chciałbyś zmienić w Warszawie? Co poprawić, np. w komunikacji?

Jeśli chodzi o transport publiczny, na pewno trzeba usprawnić jego działanie. Transport i tabor jest coraz bardziej nowoczesny, spełnia normy europejskie. Ale musi przede wszystkim spełniać normy, które wyznacza nam społeczeństwo, i zaspokajać jego potrzeby. Trzeba postawić na metro i tabor szynowy, nie tylko tramwaje, lecz także pociągi SKM i WKD. Żeby zatrzymać napływ aut do centrum, jestem za wprowadzeniem opłaty za wjazd.

Odważny postulat, jak na samochodziarza…

Nie ma co ukrywać, że aut jest za dużo, ale to wina m.in. braku dobrej alternatywy. Na przykład rower nie jest dobry przez cały rok. Nie jest dostępny dla wszystkich, jak choćby inwalidów czy chorych.

Trudno oczekiwać, że choćby 20 proc. zmotoryzowanych stanie się cyklistami, ale coś trzeba wymyślić, żeby ograniczyć ruch samochodowy.

Żadnego zwężania ulic! Tego typu rozwiązania, wprowadzane na siłę, nie przekonają ludzi, żeby porzucili auta na rzecz transportu publicznego. Kierowców nie zniechęci również brak miejsc parkingowych czy korki ciągnące się do centrum. Ale gdy Polak dostanie po kieszeni, wtedy to do niego trafi. Za takim działaniem musi iść rozwój transportu publicznego. Jestem pewien, że gdyby dziś każdy warszawiak miał krótką drogę do przystanku, szybko mógł dostać się do metra czy do pociągu SKM i nie musiał czekać na autobus, tylko szybko i wygodnie dotarł do pracy, porzuciłby stanie w korkach.

A jak uporządkować rynek taxi? Wprowadzić limit taksówek, tak jak w Berlinie, Londynie czy Nowym Jorku? Zwiększyć wymagania wobec przewoźników?

Jeśli chodzi o taxi, na pewno – i to najważniejsza rzecz – powinien pozostać obowiązkowy egzamin. Od jakiegoś czasu rzeczywiście można zauważyć szybki przyrost taksówkarzy w Warszawie. Czy limit byłby dobrym rozwiązaniem? Trzeba by dobrze przemyśleć ten temat – jaka liczba pojazdów? Dziś zdarzają się sytuacje, gdy trudno o taksówkę. Miasto się rozrasta, przybywa budynków, mieszkańców, a więc i zapotrzebowania na usługi. Także taksówkarskie. Ewentualne ograniczenia trzeba by ustalić w odniesieniu do danych urbanistycznych dotyczących miasta. Ale wprowadzenie limitu to nie jest konieczność. Rynek równie dobrze sam by się unormował, gdy kierowcy zobaczyliby, że nie bardzo opłaca się jeździć. Liczba licencji wydawanych każdego roku mogłaby spadać.

Fot. archiwum Cezarego Króla

Co z Uberem i innymi tego typu przewoźnikami?

Zablokować! Nie zlikwidować – zablokować i powiedzieć jasno: chcecie jeździć w Uber taxi? OK, ale musicie przejść taką samą drogę jak taksówkarze. Kasa fiskalna, egzamin, licencja, ubezpieczenie. Wtedy Uber sam by się zwinął z rynku. Nikomu w Uberze nie opłacałoby się jeździć dłuższy czas po takich cenach, jakie oferują dziś, gdyby zostali legalnymi taksówkarzami. I dlatego Uberowi chodzi o to, żeby być nielegalnym. 80–85 proc. kierowców to ludzie dorabiający sobie do pracy lub obcokrajowcy. Czasem bez żadnych papierów, nawet prawa jazdy. Im się teraz opłaca, bo nie muszą inwestować w kasę i otwierać działalności albo przedstawiać odpowiednich zaświadczeń. Wystarczy auto i smartfon. A przecież mamy jasne i przejrzyste przepisy, jak zostać taksówkarzem. Zawód nie jest zamknięty i ograniczony. Chcecie zostać kierowcami taxi – jest zapisane w ustawie, jak to zrobić.

Tylko że świat się zmienia, rynek przewozów również. Klienci chcą jeździć na aplikacjach, chcą płacić mniej.

Uber jest zły. I nie mówię tego jako „płaczący złotówa”, ale jako obserwator. Uber jest zły dla gospodarki. Firma chce wchodzić w coraz więcej gałęzi gospodarki i przejmować usługi, stosując dumpingowe ceny, ale nie stosując się do obowiązującego prawa i przepisów. Firma, która wchodzi na giełdę, a jej szefostwo mówi wprost, że nie wie, kiedy będzie zarabiać i czy w ogóle będzie zarabiać, to chyba kpina z potencjalnych akcjonariuszy. Powtórzę: w transporcie, jak i każdej innej branży, powinny obowiązywać jasne zasady. Takie same dla wszystkich! A rynek sam się normuje.

Klienci chcą jeździć na aplikacjach i mogą. Większość korporacji ma bardzo fajne aplikacje i można za ich pośrednictwem zamawiać przejazdy. W niektórych nawet podana jest także orientacyjna albo dokładna kwota za przejazd z góry. Tak więc ten argument, jeśli chodzi o przewagę nielegalnych aplikacji, powoli odchodzi do lamusa. Innowacje, zmiany związane z nowymi technologiami są naturalne. My, taksówkarze, ich nie zatrzymamy, ale i nie chcemy zatrzymywać. Jeśli natomiast ktoś likwiduje egzaminy na taxi, tłumacząc to rozwojem technologii, to chyba trochę się pogubił. Usuńmy z egzaminów pytania z topografii, bo każdy przecież ma GPS, ale zamieńmy je na pytania dotyczące przepisów drogowych, skarbowych i gospodarczych. Ich znajomości nie da się zastąpić postępem technologicznym.

Ktoś, czyli resort infrastruktury, gdzie taksówkarze regularnie protestują. Ale z pikiety przed ministerstwem przenieśmy się na postój taksówek. Chcę zamówić kurs na Ursynów, ile mnie skasujesz?

Z Dworca Centralnego? Około 33 zł. Z lotniska ok. 26. Na pytanie o cenę kursów zawsze staram się podać cenę maksymalnie zbliżoną do rzeczywistej. Nigdy nie oszukuję klientów, bo wiem, że jest to jednorazowy strzał. Więcej już nie skorzystają z usług mojej korporacji, a przecież chodzi o coś zupełnie innego.

Rozsądne słowa i rozsądna taryfa. A gdybym poprosił o krótką wycieczkę krajoznawczą – które miejsca, zabytki byś objechał?

Kultowe miejsca, jak PKiN, starówka czy Łazienki. Ale też obowiązkowo Wisła po jednej i drugiej stronie oraz miejsca, gdzie odbywały się walki w obronie Warszawy. Jestem wielkim pasjonatem historii miasta.

Fot. archiwum Cezarego Króla

A jesteś warszawiakiem od urodzenia?

Tak. Mieszkam w najpiękniejszej dzielnicy, czyli na Ochocie. W stolicy najbardziej lubię jej różnorodność i możliwości, jakie daje, oraz ofertę kulturalną. Tu każdy znajdzie coś dla siebie. Bogata oferta miejsc do spędzania wolnego czasu, ogromna liczba przeróżnej gastronomii, kina, muzea, galerie i niesamowita historia miasta to chyba największe zalety stolicy.

Toczy się tu również bogate życie towarzyskie, życie nocne. Taksówkarze pewnie mają o czym opowiadać?

O, tak. Dzieje się. Kiedyś klientka z góry zapłaciła za kurs i poprosiła, żeby ją koniecznie odebrać z klubu nad ranem. Oczywiście przyjechałem po nią. Do auta jeszcze wsiadła sama, ale do domu dosłownie musiałem ją zanieść na rękach.

A inne przygody, nietypowe zlecenia?

Jedna klientka wysłała mnie po rajstopy do sklepu, bo szykowała się na ważne spotkanie, a złapała oczko. Inna pani za kurs w kwocie 14,30 zł zapłaciła mi trzema banknotami dwustuzłotowymi i powiedziała, że to za moje dobre serce i pomoc innym. Raz godziłem skłócone małżeństwo. Pojechałem z panem po kwiaty, a potem bał się wejść z nimi do domu i wysłał tam mnie. A że mam gadane, to udało mi się wytłumaczyć go przed żoną i wrócił zadowolony.

Kiedyś wiozłem też zapłakaną dziewczynę z miasteczka Wilanów na Młociny. Od razu przeprosiła, że nie będzie rozmowna, bo właśnie odszedł od niej narzeczony i jedzie do koleżanki na wino. Skończyło się tak, że pod adresem zadzwoniła do koleżanki, zapłaciła za dwie godziny postoju i piły wino w moim aucie, bo przez czas kursu wytłumaczyłem jej, że nie ma czym się przejmować.

Były wątki obyczajowe, historie miłosne, a kryminały?

Zdarzały się. Wiozłem młodego naćpanego chłopaka. Kurs z jego domu na stację paliw i z powrotem. Kurs jak wiele innych. Nocne zakupy. Tyle że tym razem, gdy wysiadał na stacji, zauważyłem, że pod bluzą miał młotek. W pierwszym odruchu, gdy zamknął drzwi, chciałem odjechać, ale pomyślałem, że zamówi inną taksówkę i zrobi komuś krzywdę. Gdy wrócił, rozmową udało mi się rozładować napięcie, wyrzucił młotek, uspokoił się.

I odwiozłeś go do domu?

Tak. Zapiętego w pasy. Tak jakby trochę skrępowanego. Dla mojego bezpieczeństwa.

Można najeść się strachu.

Na szczęście radosnych sytuacji jest o wiele więcej. Na koniec opowiem dość nietypową historię. Kiedyś wiozłem do Zamościa starszą panią, której amputowano w Warszawie obydwie stopy. Przez całą drogę rzucała dowcipy na własny temat. Na przykład powiedziała, że ma duży problem, bo zbliża się wesele wnuczki, a ona zastanawia się, jakie buty założyć. Początkowo było mi niezręcznie się śmiać, ale pani powiedziała, że jej to nie przeszkadza i reszta drogi upłynęła pod znakiem jej żartów. Taka jest nasza praca, tacy są taksówkarze. Ludzie bogaci w empatię, pomocni i zawsze gotowi na to, co przyniesie kolejny dzień, kolejny kurs, kolejny klient.

Tomasz Maciejewski
Z innej strony
Miej rękę na pulsie!
Najciekawsze informacje o branży TSL co tydzień na Twojej skrzynce e-mailowej
Wyrażam zgodę na przetwarzanie przez X Project sp. z o.o., moich danych osobowych w postaci adresu poczty elektronicznej w celu przesyłania mi informacji marketingowych. WIĘCEJ

Wyrażam zgodę na przetwarzanie przez X Project sp. z o.o., moich danych osobowych w postaci adresu poczty elektronicznej w celu przesyłania mi informacji marketingowych dotyczących produktów i usług oferowanych przez X Project sp. z o.o., za pomocą środków komunikacji elektronicznej, stosownie do treści przepisu art. 10 ust. 1 i 2 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Szczegółowe zasady dotyczące przetwarzania danych osobowych i zgód marketingowych wyrażone są w klauzuli informacyjnej. Przed wyrażeniem zgód marketingowych prosimy o zapoznanie się z jej treścią.

Fleetguru informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies
zamknij