Dziewczyny lubią SPA. Autobusowa przygoda może zacząć się od… programu „Jaka to melodia”

1 sierpnia
Z innej strony

Pracowały za biurkiem, na kasie albo przy taśmie produkcyjnej. Teraz z uśmiechem siadają za kierownicą autobusu. Nie boją się „przegubów” i ciasnych skrzyżowań. Jeżdżenie zapewnia im satysfakcję, niezłe zarobki, a pasażerowie czasami częstują je cukierkami i jabłkami.

Osiemnastometrowy solaris, a za kółkiem filigranowa dziewczyna. Manewruje lepiej niż większość kierowców autem osobowym. Czy to zakorkowane skrzyżowanie, gdzie przeciska się „na żyletkę”, czy minirondo, czy rozkopana zwężona droga – jedzie bezpiecznie, pewnie. Takie obrazki kilkanaście lat temu budziły zdziwienie. Teraz kobieta prowadząca przegubowca – mana, volvo, mercedesa – to nic nadzwyczajnego. Przedsiębiorstwa komunikacyjne zatrudniają już po kilkadziesiąt pań. Nie wybierają im łatwiejszych tras, nie sadzają za kierownicą mniejszych pojazdów. Dziewczyny obsługują cały tabor. Pachnące nowością hybrydy i wysłużone diesle, „przeguby” i mikrobusy. Zaczynają wczesnym świtem, kończą późnym wieczorem.

Fot. Tomasz Maciejewski

Łagodzą obyczaje, ale w nocy nie jeżdżą

– Na nocnych liniach kobiet jeszcze nie ma. Bezpieczeństwo. Nie chcemy ich narażać na niestandardowe zachowania pasażerów – zastrzega Jacek Remiszewski, kierownik działu eksploatacji w Szczecińskim Przedsiębiorstwie Autobusowym „Klonowica”.

Od razu jednak dodaje, że panie kierowcy świetnie radzą sobie w sytuacjach kryzysowych, które przecież zdarzają się o każdej porze dnia.

– Panie zachowują się bardzo odpowiedzialnie. Panie łagodzą obyczaje. Panie uspokajają sytuację i w autobusie, i na zewnątrz – wylicza Remiszewski.

– Spokojem można zdziałać więcej niż agresją – przekonuje Małgorzata Szych, która w komunikacji miejskiej pracuje pięć lat. – Wiadomo, że nikt nie lubi, gdy mu się policją grozi. Przecież on nic nie robi, tylko jest podchmielony, śpiewa i skacze – opisuje z humorem.

Fot. Tomasz Maciejewski

Małgorzata wyjaśnia, że w przypadku wspomnianych „niestandardowych zachowań” zwykle skuteczna jest krótka rozmowa. A gdy trafi się groźniejszy awanturnik, można liczyć na pomoc innych pasażerów.

– Z pijanymi kobiety mają łatwiej niż mężczyźni kierowcy. Do nas odnoszą się grzeczniej – zauważa Renata Libucha, która w sierpniu 2018 roku zaczęła pracę w SPA „Klonowica”.

– To nie praca! Kiedy mąż pyta mnie, na którą jutro idzę do pracy, odpowiadam, że nie idę do pracy, tylko idę sobie pojeździć – żartuje Renata. – Nie czuję, że pracuję. Spełniły się moje marzenia. Zawsze chciałam prowadzić autobus.

Fot. Tomasz Maciejewski

Jaka to melodia wiedzie… za kierownicę

Droga do marzeń bywa bardzo kręta, a szczęśliwy finał jest dziełem przypadku. No bo trudno przewidzieć, że prezes przedsiębiorstwa autobusowego namiętnie ogląda program „Jaka to melodia?”, a kandydata na kierowcę wypromuje Robert Janowski.

– Od 2015 roku gram w tym teleturnieju. W marcu ubiegłego roku opowiedziałam o swoich marzeniach przed telewizyjnymi kamerami… Dzień po emisji programu zadzwoniła do mnie pani Ela z kadr SPA „Klonowica”. Powiedziała, że prezes mnie widział w telewizji, że kazał mnie odnaleźć, i że sfinansują mi prawo jazdy – opowiada Renata Libucha.

Po niespodziewanym telefonie decyzję o zmianie pracodawcy podjęła błyskawicznie. Z radością stawiła się w biurowcu przy zajezdni autobusowej, podpisała dokumenty. Firma pokryła koszty kursu, tzw. klasyfikacji, egzaminów (ok. 10 tys. zł), ale nowy kierowca musi przepracować co najmniej pięć lat.

– Ja zamierzam jeździć do późnej starości – śmieje się Renata Libucha.

Opowiada, że jako mała dziewczynka częściej bawiła się samochodami niż lalkami. Z wielkiego kartonu po telewizorze zrobiła sobie ciężarówkę.

– Pamiętam, jak dziadek kupił nowy kolorowy telewizor. Wzięłam to pudło, pomalowałam je z przodu, z tyłu, tablice, światła, kierownica. Siadałam na piaskownicy, to była moja przyczepa, i jechałam. Albo obracałam rower do góry kołami i tak bawiłam się w kierowanie – wspomina.

Fot. Tomasz Maciejewski

Zawsze siedzieć z przodu

Mieszkała we Wrześni, gdzie komunikacji miejskiej nie było. Ale po przeprowadzce do Szczecina miłość do autobusów rozkwitła.

– Zawsze siadałam z przodu, z prawej strony, i oceniałam, jak bierze zakręty – opowiada Renata. – Z zazdrością patrzyłam na kierowców. A kiedy z dziesięć lat temu zobaczyłam pierwszą kobietę za kierownicą autobusu, to powiedziałam sobie: ja muszę kiedyś tam trafić! – mówi z iskrami w oczach.

I tak po prawie dziewiętnastu latach papierkowej roboty w straży granicznej została panią kierowcą. Niedawno zadebiutowała na przegubowcu. I to na najpopularniejszej, najbardziej zatłoczonej szczecińskiej linii 75.

– Przed wyjazdem w miasto zrobiłam tylko dwa kółeczka po zajezdni, żeby go wyczuć – opisuje. – Podobało mi się jeszcze bardziej niż w dwunastometrowym autobusie.

Małgorzata Szych na „przegubach” jeździ od trzech lat. Wcześniej „krótkimi”. Prawo jazdy na osobówki zrobiła jako nastolatka.

– Podkradałam tacie samochód – przyznaje się.

Lubiła jeździć, ale raczej nie wiązała z tym zawodowej przyszłości. Do zrobienia prawa jazdy kategorii D przekonał ją narzeczony. Zapisał się na kurs, z dofinansowaniem, organizowany przez jeden z dużych ośrodków szkolenia.

– Pójdziemy razem – przekonywał. Cała rodzina namawiała, więc się zdecydowałam – mówi Małgorzata.

O wsparciu najbliższych pamięta też Marta Kędzia. W SPA „Klonowica” od ponad roku. Wcześniej pracowała m.in. w handlu. Jak trafiła do zajezdni autobusowej? Wiedziała, że brakuje kierowców. A zawsze dobrze czuła się za kółkiem.

– Zwyciężyła ciekawość. Rodzina też mnie mocno mobilizowała. Bardzo lubisz jeździć, spróbuj – mówili. No to spróbowałam.

Fot. Tomasz Maciejewski

Kto mi załatwił emerycką linię?

Szkolenie i egzamin to nie był spacerek.

– Tor przeszkód. Miałam chwilę załamania, ale przetrwałam. Zdałam za drugim razem – nie ukrywa.

Pamięta pierwszy dzień pracy. Linia 86, przez centrum miasta, m.in. jednokierunkową ulicę o każdej porze dnia zastawioną autami.

– Tam jest wąsko. Przejazd blokują dostawczaki, taksówki. Trochę nerwów i czasu się traci – mówi Marta Kędzia. – Dałam radę, choć tę linię zapamiętam do końca życia. Nie jest moją ulubioną.

Wszystkie panie kierowcy potwierdzają, że są trudniejsze i łatwiejsze linie. Są dni i godziny, kiedy jeździ się gorzej. Bo korki. Bo kiepska pogoda. Bo awaria. Bo niegrzeczny pasażer. W każdym mieście są tzw. niebezpieczne rejony. Na przykład dawne dzielnice robotnicze. Zdegradowane społecznie i infrastrukturalnie. Są nowe szerokie arterie z wygodnymi zatokami przystankowymi, ale i wąskie, dziurawe, brukowane uliczki. Marta niedawno jeździła przegubowcem na linii 80, czyli musiała się przebijać przez ogromny plac budowy. Tam, gdzie zwężenia, barierki, chaos. Lepiej prowadzi się krótkie autobusy na mniej ruchliwych szlakach, o niewielkiej częstotliwości kursów, czyli z dłuższymi chwilami odpoczynku na końcowym.

– Dziś jestem na takiej linii emeryckiej. Dosłownie. Do domu kombatanta. Pan mi to załatwił? – żartuje, kiedy spotykamy się na pętli. – Okres urlopów, starsi koledzy mają wolne, to pewnie dlatego się tu załapałam.

Mówi, że nowicjusze nie mają taryfy ulgowej, ale w razie czego mogą liczyć na pomoc doświadczonych kierowców.

– Gdy idę na nową trasę, czasami objeżdżamy ją wcześniej. Kolega lub koleżanka podpowiada, gdzie i na co uważać. Wiadomo, że dużo dróg jest przebudowywanych. Są objazdy, korki, utrudnienia – opisuje Marta.

Fot. Tomasz Maciejewski

Awantura o klimę

Zakorkowane ulice i wynikające z tego opóźnienia psują humor kierowcom, ale jeszcze bardziej pasażerom. Pukają do kabiny. Czasami pokrzykują, nawet wyzywają.

– Jeśli jest korek, to mam go przeskoczyć? – ironizuje Małgorzata. – Najczęściej słyszę uwagi na temat klimatyzacji. Dlaczego nie działa? Pretensje. Roszczenia. Ludzie nie rozumieją, że akurat w tym wozie nie ma klimy. Że to nie jest tylko śmieszna naklejka – mówi kierowczyni, wskazując napis na ścianie kabiny.

Widać, że czerwcowe upały dały się jej we znaki.

– Kierowcom też jest gorąco. Przez szybę praży, a my musimy przesiedzieć tu kilka godzin. Nie tylko siedzieć, ale myśleć za kierownicą. Trzeźwo, zdrowo, logicznie. Odpowiedzialność jest ogromna – podkreśla.

Odpowiedzialność się odczuwa, szczególnie gdy dochodzi do niebezpiecznej sytuacji na drodze. Ktoś zajedzie drogę, wymusi pierwszeństwo. I kierująca autobusem musi ostro hamować.

– Z pasażerami to jest 20 ton! Nie zatrzyma się na kilkunastu metrach jak auto osobowe – przypomina Renata.

Przyznaje, że irytują ją np. taksówki, zatrzymujące się w zatokach autobusowych. I czasami pasażerowie z nosami w smartfonach.

– Wszyscy wsiedli, ja naciskam dzwoneczek, a ten dopiero oprzytomniał i wskakuje na schody – śmieje się pani kierowca. – Denerwuje mnie też, kiedy jest spóźnienie na przykład 10 minut, na przystanku stoi dużo ludzi i zamiast jakoś sprawnie wsiąść do autobusu, to idą sobie jak do kościoła, noga za nogą. I spóźnienie rośnie o kolejne minuty – opisuje Renata.

Cukierki i cukinia

Pięknych momentów jest jednak więcej niż nerwowych.

– Wsiada pan i mówi „dzień dobry, pani Renatko”. Nie wiem, skąd zna moje imię – zastanawia się nasza bohaterka. – Albo jakaś emerytka daje mi cukierka i komplementuje: „pani tak ładnie jedzie”.

Fot. Tomasz Maciejewski

– Słynna pani od cukierków operuje na liniach 67 i 75 – dopowiada Małgorzata.

– Na linii 74, na ogrody działkowe, dostaję różne warzywa, ostatnio cukinię, jabłka, śliwki – zdradza Marta. – Na razie nie miałam w tej pracy żadnych przykrych przygód, o których czasami opowiadają koledzy. Raczej spotykają mnie miłe niespodzianki. A najfajniejsze jest, gdy dzieciaki na przystanku krzyczą: „Oooo, nasza pani jedzie”. Gdy ktoś mówi: „Jak te kobiety dobrze sobie radzą za kierownicą autobusu”. Gdy można pomóc osobie niepełnosprawnej, bezpiecznie przetransportować ją do celu – stwierdza Marta.

Wszystkie dziewczyny z SPA „Klonowica” podkreślają też, że wielką zaletą tej pracy jest stabilizacja. Zatrudnienie na etat w przedsiębiorstwie autobusowym oznacza zabezpieczenie socjalne i niezłe zarobki. Nie ma również problemu z dostosowaniem godzin pracy do obowiązków domowych.

– Firma idzie mi na rękę, ponieważ mam małe dziecko. Jeżdżę tylko rano – wyjaśnia Małgorzata.

Elastyczność przy ustalaniu miesięcznego grafiku potwierdza Marta.

– Dziewczyny, które prowadzają dzieci do przedszkola, pracują w takich godzinach, żeby wszystko pogodzić. Kto chce więcej jeździć w weekendy, a w tygodniu mieć trochę wolnego, dostaje takie służby – tłumaczy. – Nie jest tak, jak w prywatnych firmach, że trzeba się prosić o urlop. Tu wszystko ma ręce i nogi. Wszystko, co się należy, pracownik otrzymuje.

Fot. Tomasz Maciejewski

Służba nie drużba

A weekendy, niedziele, święta? Rodzina siada do wigilijnego stołu, a panie kierowcy gdzieś daleko na trasie.

– W Wigilię jeździłam do godz. 20. Powiedziałam bliskim: nie czekajcie, siadajcie do wieczerzy. Przyjechałam około 21, podzieliliśmy się opłatkiem. Było tak samo świątecznie, uroczyście, miło, tylko że po prostu trochę później, po służbie – relacjonuje pani Renata.

Określenie „służba” pojawia się często. Bo bycie kierowcą autobusu to nie jest zwykła praca. Transport publiczny musi funkcjonować o każdej porze, przy każdej pogodzie, w każdej części miasta.

– Świąteczne dyżury to nie jest wielki problem. Przecież nie jeżdżę przez trzy dni non stop – komentuje Małgorzata. – A sprawy domowe można poukładać, przeorganizować. U mnie w rodzinie prawie wszyscy mają taką pracę, że w niedzielę czy jakąś uroczystość może ich brakować przy stole. Trudno. Obowiązki. Nikt się nie obraża na nieobecnych.

Śmieje się, że tylko Nowy Rok chciałaby mieć zawsze wolny.

– Ale nawet jak się w sylwestra nie pobawisz, to odrobisz w karnawale – wtrąca Renata. – Ja mogę pracować w Nowy Rok. Mogę brać nadgodziny. Naprawdę kocham tę pracę. Czuję się potrzebna. Spełniona. Mam wrażenie, że pasażerowie się cieszą, kiedy wiozę ich do pracy.

Podobno nawet sfrustrowani kierowcy na zakorkowanym skrzyżowaniu potrafią się na chwilę wyluzować, uśmiechnąć, pozdrowić.

– Wiadomo, jak się jeździ po mieście. Ktoś się wciska, ktoś nie chce wpuścić, ktoś trąbi. Ale widząc kobietę prowadzącą autobus zwykle bardzo pozytywnie reagują. Uśmiechają się, machają. To miłe – stwierdza Marta.

Fot. Tomasz Maciejewski

Kierownik Remiszewski z dumą zlicza żeńskie imiona i nazwiska kierowców.

– Na etatach zatrudniamy dwadzieścia cztery panie. Plus dziesięć na umowy-zlecenia. Jesteśmy z ich pracy bardzo zadowoleni. Kobiet w autobusach będzie przybywało – prognozuje szef działu eksploatacji SPA, w którym nie ma basenu, sauny i gabinetów kosmetycznych, ale jest ponad sto autobusów.

Kiedyś rzadkość i ciekawostka, dziś już prawie norma. Kobiet pracujących jako kierowcy autobusów miejskich ciągle przybywa. Jak bardzo? O tym napiszemy jutro, w drugiej części naszego cyklu poświęconego kobietom na co dzień jeżdżącymi autobusami komunikacji miejskiej.

Tomasz Maciejewski
Z innej strony
Miej rękę na pulsie!
Najciekawsze informacje o branży TSL co tydzień na Twojej skrzynce e-mailowej
Wyrażam zgodę na przetwarzanie przez X Project sp. z o.o., moich danych osobowych w postaci adresu poczty elektronicznej w celu przesyłania mi informacji marketingowych. WIĘCEJ

Wyrażam zgodę na przetwarzanie przez X Project sp. z o.o., moich danych osobowych w postaci adresu poczty elektronicznej w celu przesyłania mi informacji marketingowych dotyczących produktów i usług oferowanych przez X Project sp. z o.o., za pomocą środków komunikacji elektronicznej, stosownie do treści przepisu art. 10 ust. 1 i 2 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Szczegółowe zasady dotyczące przetwarzania danych osobowych i zgód marketingowych wyrażone są w klauzuli informacyjnej. Przed wyrażeniem zgód marketingowych prosimy o zapoznanie się z jej treścią.

Fleetguru informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies
zamknij