Cały rok na zimówkach. Opowieść o polskim kierowcy, który pokochał Szwecję

31 maja
W drodze

– Jadę przez lasy gdzieś daleko na północy, gra Metallica i wtedy czuję, że robię w życiu to, co kocham – opowiada w rozmowie z Fleetguru Sebastian Pająk, który po Szwecji zrobił już ponad milion kilometrów.

„Seba – polski kierowca w Szwecji” żartuje, że jest ostatnim „dziadkiem” wśród europejskich truckerów blogerów, któremu jeszcze się chce opowiadać o pracy za kółkiem, wyjaśniać, tłumaczyć, przełamywać stereotypy dotyczące branży transportowej, ale także opisywać życie w Skandynawii, zachwycać się tamtejszymi krajobrazami, klimatem, ludźmi. Może i Seba jest trochę starszy niż większość kierowców aktywnych na portalach społecznościowych, lecz dziadkiem – ani zawodowo, ani mentalnie – na pewno nie jest. Od 2003 roku mieszka w Sztokholmie, od piętnastu lat pracuje na ciężarowych. I w rozmowie z Fleetguru przekonuje, że tej roboty nie zamieniłby na nic innego.

Fot. archiwum Sebastiana Pająka

Tomasz Maciejewski: Tak bardzo nie lubisz słońca i upału, że za darmo reklamujesz surową północ, zaśnieżoną Skandynawię?

Sebastian Pająk: Jak zima, to tylko w Szwecji. A ja lubię zimę, bardzo podoba mi się Szwecja. Szczególnie północna. Lasy, jeziora, niesamowite krajobrazy… Południowe, hiszpańskie klimaty lubi moja żona. Tam możemy jechać na wakacje. Ale mieszkać tam, gdzie cały rok jest słonecznie, gorąco, raczej bym nie mógł.

Pochodzisz ze Śląska. Co przywiało cię z Katowic do Sztokholmu?

Praca. W wesołym miasteczku. Tydzień tu, tydzień tam. Śmieszne pieniądze, ale jednak większe niż w Polsce. Przyjechałem tu w 2002 roku za chlebem. Początki może nie były różowe, jednak pojawiło się światełko w tunelu, szansa na lepszą robotę. Szwecja bardzo mi się spodobała, wiedziałem, że będę chciał zostać. W 2003 roku załapałem się do stałej pracy w Sztokholmie. Tam zamieszkałem. Ściągnąłem żonę. Po wejściu polski do Unii Europejskiej pojawiły się nowe, większe możliwości. Jakoś pod koniec 2004 roku zrobiłem papiery i zacząłem pracować w dystrybucji. W firmie świadczącej usługi dla spedycji DHL.

Jako kierowca „dużego” czy busa?

Na ciężarowym. To był mercedes actros 25-36. Solówka. Rozwoziłem towar po mieście i okolicy, a popołudniami podczepiałem przyczepę i przewoziłem towar między magazynami. Jak to mówią truckersi – jazda wokół komina. Blisko. Codziennie wieczorem w domu.

Mówisz to z nutą rozczarowania… Nie lepiej każdego dnia jeść z żoną kolację niż kilka tygodni krążyć gdzieś daleko?

Nie. Ja od dziecka chciałem jeździć truckami. Robić dalekie trasy. Miesiąc poza domem to może za długo, ale tydzień – w sam raz. Tak pracuję w Szwecji. Cztery, pięć dni w drodze. W piątek zjazd na chatę. Kiedy w 2008 roku zacząłem kursować na dłuższych dystansach, żona stwierdziła, że stałem się innym człowiekiem. Spokojniejszym. Uśmiechniętym. Pracując w systemie tygodniowym na pewno jestem mniej zmęczony niż wtedy, gdy krążyłem całymi dniami po Sztokholmie. To duże miasto. Zatłoczone. Kiedy wracałem do domu około godz. 19–20, byłem padnięty. Sfrustrowany. Dalsze wyjazdy, szczególnie na północ Szwecji, były jak spełnienie marzeń.

Fot. archiwum Sebastiana Pająka

Łatwo było dostać się do truckerskiego świata w Szwecji?

Kiedy zaczynałem, kierowców był nadmiar. Wiedziałem, że muszę podnieść swoje kwalifikacje, doszlifować język, zdobyć doświadczenie, żeby zyskać nowe możliwości. Od początku założenie było takie, że z tym krajem i pracą kierowcy wiążę swoją przyszłość, więc cierpliwie trenowałem. Przede wszystkim język szwedzki. Pamiętam, że często włączałem radio, by się osłuchać... Później bardzo dużo pomogli mi koledzy kierowcy. Poprawiali mnie, tłumaczyli, zwracali uwagę. Ale bez odrobiny złośliwości. Zawsze życzliwie, przyjaźnie.

Szwedzki wydaje się trudniejszy niż chiński.

Dla mnie nie. Wyjeżdżając za granicę znałem trochę angielski. Raczej słabo. Nieporadnie się komunikowałem. Natomiast nauka szwedzkiego poszła dość łatwo. Kiedy już w miarę opanowałem ten język, chciałem jak najwięcej rozmawiać. Nie przejmowałem się błędami. Najwięcej gadałem z jednym kumplem z firmy. On mnie fonetycznie korygował. I teraz dobrze i pewnie czuję się z językiem szwedzkim… Dopóki nie muszę iść do lekarza. Tam pojawia się za dużo specjalistycznego słownictwa. Ale żona jest pielęgniarką. Zawsze pomoże. Przyjechała do Szwecji później, a język zna lepiej. Skończyła tu kursy, szkołę.

Mieszkacie w jednym z najpiękniejszych, czystych, zielonych miast Europy, a „Seba – polski kierowca w Szwecji” zawsze chce jak najdalej na północ. O co chodzi?

Tam jest najpiękniej. Czuje się bliskość natury. I ludzie są rewelacyjni. Wyluzowani. Przyjaźni, także dla obcokrajowców. Na północy jest też po prostu bezpieczniej. Mniejsze natężenie ruchu. Mniejsze miasta. Żyje się wolniej, spokojniej. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby ktoś tu odmówił rozładunku lub załadunku, bo przyjechałem trochę za późno czy trochę za wcześnie. Natomiast w Sztokholmie to się zdarza. Spóźniłeś się? Twój problem. Chyba że im zależy, by szybko wysłać towar. A jak kierowcy zależy, by go szybko przyjęli… to obsługa magazynu pokaże mu miejsce w szeregu. Na północy nie ma takich akcji. Nikt nikomu na złość nie robi. Zawsze się dogadasz. Dlatego tak lubię tam jeździć. Szczególnie do oddziału firmy Jackon. Są tam Micke, Pieter, Karina… Poznaliśmy się służbowo. Teraz utrzymujemy też kontakty prywatne.

Fot. archiwum Sebastiana Pająka

Skoro jesteście przyjaciółmi, to nic dziwnego, że nie każą ci czekać pod rampą.

W tej firmie nikogo nie przetrzymują. Są wyjątkowo życzliwi. Muszę jednak w tym miejscu zaznaczyć, że wewnętrzny szwedzki transport jest – generalnie – traktowany lepiej niż zagraniczne frachty. Są takie firmy, magazyny, gdzie kierowców z Europy potrafią trzymać pod płotem wiele godzin. Jeśli porozumiewasz się tylko po angielsku, masz trudniej. Słyszałem historie, że kierowca czy spedytor dzwonił do Szwecji, do kontrahenta, a ten, słysząc obcy język w słuchawce, po prostu się rozłączał! Moi koledzy, nawet pracujący w szwedzki firmach, lecz nieznający języka szwedzkiego, też mają pod górkę. Czasem do mnie dzwonią po pomoc.

Dlatego tak podkreślałeś na wstępie, że twoją drogę do świata transportu otworzyła dopiero odpowiednia znajomość języka?

Tak. Uważam, że uczenie się języka miejscowych to wyraz szacunku dla nich. Dla kultury. Dla kraju.

Ale też trudno oczekiwać, by każdy zawodowy kierowca, robiący setki tysięcy kilometrów po Europie, znał dziesięć języków.

To prawda. Ja na szczęście nie muszę opuszczać Szwecji. Nie muszę i nie mogę. Bo mój skład ma 4 m 48 cm wysokości. W Polsce byłbym gabarytem. W Niemczech, Danii, Holandii też nie zmieściłbym się pod wiaduktami. Standard w transporcie międzynarodowym to 4 m. Dlatego kiedy znajomi namawiali mnie: przyjedź tą swoją scanią do Polski, odpowiadałem pytaniem: a załatwicie obstawę? Szwedzi w Polsce zwykle są prowadzeni od promu. Jadą z pilotem. Mój skład ma 24 m, ale koledzy jeżdżą 25-metrowymi. Muszą być eskortowani.

Fot. archiwum Sebastiana Pająka

Tak długie składy to jakiś szwedzki wynalazek?

Ekonomika transportu. Dzięki temu mam 48 miejsc paletowych, a nie 33.

Widziałem takie składy. Zastanawiam się tylko, dlaczego rzadko spotyka się je na kontynencie.

Rzeczywiście. Szwedzi chyba są pionierami, 60 t DMC mieli już w 1993 roku. W Holandii i Niemczech dopiero to raczkuje, wprowadzili składy 25,25 m, jednakże nadal pozostają tylko przy całkowitej ładowności do 40 t.

Jakiś czas temu pochwaliłeś się tego typu rekordem tonażu.

Niedawno udało mi po raz pierwszy załadować do wagi całkowitej: 64 t. Skład waży na pusto 23 t, więc zabrałem 41.

I jak?

Wielkiej różnicy nie odczułem. Trochę na zjazdach ten ciężar pchał. Różnicę robi wysokość załadunku. 20 t kostki brukowej a 20 t drewna – to duża różnica. Na łukach, zakrętach. Nawet podmuchy wiatru są bardzo odczuwalne.

Jak się jeździ po Szwecji? Jaki jest standard dróg? Jakość całej infrastruktury?

Bardzo dobrze się jeździ. Nie ma tu takich autostrad, jak w Niemczech, jest dużo dróg 2+1 (dwa pasy plus jeden pas w przeciwnym kierunku, naprzemiennie – przyp. red.), a nigdy nie stałem tu w zatorze spowodowanym awarią, wypadkiem. Jakoś tak potrafią wszystko świetnie zorganizować, oznaczyć. Zrobiłem tu już ponad milion kilometrów i naprawdę nigdy nie miałem poważniejszych problemów.

Fot. archiwum Sebastiana Pająka

A mandaty?

Tylko jeden. 3600 koron. Sporo. Jechałem wtedy osobówką. Przy ograniczeniu 90 km/h miałem na zegarze ok. 120. Policjant zatrzymał mnie i pyta: „Wiesz, ile jechałeś?” Udawałem wariata. Mówię, że nie wiem. A on na to: „Gdybyś jechał 1 km szybciej, zabrałabym ci prawo jazdy”. Szwedzi bardzo pilnują ograniczeń prędkości. Tam, gdzie znaki nakazują jechać 30 km/h czy 50 km/h, przekroczenie o 30 proc. jest równoznaczne z utratą uprawnień. Poza terenem zabudowanym, na autostradach, czyli w przedziale 50–120 km/h, tracisz prawko, jeśli jechałeś 30 km ponad normę.

Są punkty karne?

Nie. Są kropki w systemie. Każde wykroczenie to, oprócz sankcji finansowej, kropka na twoim koncie. Trzecia kropka oznacza koniec jeżdżenia. Mogą zabrać ci prawko na rok.

To jedno z narzędzi do zrealizowania słynnej „wizji zero”. 20 lat temu szwedzkie władze stwierdziły: na drogach nikt nie powinien ginąć! I statystyki zdarzeń drogowych radykalnie się poprawiły. W jaki sposób osiągnęli tak wysoki poziom BRD?

Szczerze mówiąc nie wiem, jak oni to zrobili. Przecież w każdym kraju dba się o bezpieczeństwo. Ale tu robią to naprawdę skutecznie. Na pewno istotna jest edukacja, wychowanie. Szwedzi nie wstydzą się chodzić w kamizelkach odblaskowych czy nawet z pozawieszanymi odblaskami na kurtkach, plecakach, torbach. Na drogach widać tu nie tylko odblaski, ale również ogromny szacunek dla prawa. Jeśli na znakach jest ograniczenie do 50 km/h, jadą te 50, a nawet ciutkę mniej. Strefa 30 – w pobliżu szkół, przedszkoli – to świętość! Jest tu zupełnie inna kultura jazdy niż w Polsce. Przed przejściami dla pieszych wszyscy zwalniają, zatrzymują się. Bezwzględnie. Noga z gazu. Nie ma znaczenia, czy piesi są już na krawężniku, czy 5 m od niego. Stajesz i przepuszczasz ich. Trzy lata temu zrozumiałem, jak to jest ważne…

Potrącenie?

Żona mi prawdopodobnie życie uratowała. W Polsce. Przechodziliśmy przez jezdnię, byliśmy już na środku. A jakaś dziewczyna pędziła drugim pasem. Jakby nas nie widziała. Gdyby mnie żona nie szarpnęła za ramię, nie zatrzymała, zostałbym rozjechany.

Najwięcej pieszych ginie jesienią, zimą. Eksperci tłumaczą to m.in. warunkami klimatycznymi, pogodowymi. Ale przecież w Szwecji też jest ciemno, deszczowo, ślisko. Im dalej na północ, tym krótsze dnie, dłuższe noce. Klimat surowy.

I właśnie dlatego przykładają tak dużą wagę do bezpieczeństwa. Zawsze w październiku dzwonię do „szeryfa” w sprawie wymiany opon. I nie ma dyskusji, że może jeszcze trochę pociągniesz. Zakłada się nowe. Stare wyrzuca lub poddaje renowacji. Nalewki, jak to mówią truckersi, mogą być na przyczepie. Na przód idą nowe micheliny. Mój szef zawsze powtarza, że innych się nie zakłada. I ma rację. Sprawdziliśmy już opony różnych marek.

Fot. archiwum Sebastiana Pająka

W Szwecji to chyba ponad pół roku śmiga się na zimówkach?

Cały rok. Wymieniam w październiku i jeżdżę do następnego października. Na bezpieczeństwie się nie oszczędza. To banał, ale chyba każdy kierowca miał okazję się przekonać, jak ważna jest sprawność różnych mechanizmów, jakość części. Transport musi działać niezawodnie. Kiedy GPS pokazuje mi, że dojadę na godz. 19, to jestem na miejscu o 19 lub nieco wcześniej.

Chyba że drogi zasypane, oblodzone, a na pace 40 t.

Pod nogą 730 koni mechanicznych. Problemów na podjazdach raczej nie ma. Na górkach nie tracę. Nawet z maksymalnym obciążeniem. Zimą oczywiście zdarza się, że wszystko zasypie i wtedy stoimy. Siła wyższa. Jeśli są bardzo intensywne opady, ekstremalnie trudne warunki, to nawet najsprawniejsze służby drogowe nie dadzą rady.

Fot. archiwum Sebastiana Pająka

W maju, nawet na dalekiej północy, takich problemów nie ma.

Nie ma. I dobrze, bo w maju, czerwcu jest najwięcej jeżdżenia. Szczyt sezonu transportowego.

Dziś kierunek…?

Umeå. Czyli na północ. Planuję zrobić ok. pięciu stówek. Dzień na luzie. Miałem czas pójść do Media Marktu. Miałem czas pogadać z polskimi kierowcami na stacji paliw. Miałem też czas wrzucić coś na Facebooka i Instagram. Miło, że do mnie piszecie. Jestem chyba ostatnim dziadkiem wśród truckerów jeżdżących po Europie, któremu jeszcze się chce coś wrzucać do Internetu.

Dziadkiem? Rocznik 1980?!

W mediach społecznościowych rządzi młodzież. Dla mnie młodzi truckerzy to 25–32 lata. Ja jestem z innego pokolenia.

Ale fanpage założony i 15 tys. fanów jest.

Robię to, żeby zabić nudę. Ale też przełamywać stereotypy na temat kierowców. Pokazywać naszą pracę i piękno tego kraju. Szwecja to fajne miejsce do życia. Chciałbym wrzucać więcej zdjęć, filmów, ale są takie dni, tygodnie, kiedy brakuje na to czasu. U mnie rzadko się zdarza, bym czekał na rozładunek kilkanaście godzin. Tak jak koledzy obsługujący Hiszpanię, Francję, Włochy. Oni lecą z towarem 2,5–3 tys. km, a później czekają całą dobę lub nawet cały weekend gdzieś pod bramą. Wtedy jest czas napisać więcej, pomontować filmiki. W transporcie wewnętrznym kierowca ma inny system pracy.

Fot. archiwum Sebastiana Pająka

Nie ciągnie trochę do międzynarodówki? Bardziej urozmaicone krajobrazy, nowe miejsca, nowi ludzie?

Trochę jeździłem po Europie. Dla firmy przeprowadzkowej. Niemcy, Holandia, Anglia. I wystarczy. Nowe miejsca poznaję na wakacjach.

W Szwecji pewnie bezpieczniej niż na kontynencie. Wielu kierowców rezygnuje z wyjazdów do Francji, Anglii.

Pewnie bezpieczniej, ale kradzieże, napady zdarzają się wszędzie. Nie ma weekendu, żeby kogoś w okolicy nie obrobili. Koledze ukradli sześć palet czekolady. Innemu – cały samochód pralek i lodówek. Kiedy szef rozmawiał z policją, dowiedział się, że w ciągu miesiąca tylko na jednej trasie, na jednym odcinku, doszło do kradzieży towarów o wartości 10 mln koron. Tak więc problem jest.

Ciężarówkę Seby też obrobili?

Nie. Nie miałem takich przygód. Moja firma pracuje dla dużej, dobrze zorganizowanej spedycji. Gdy wieziemy cenny towar, zawsze wskazują nam, gdzie mamy się zatrzymywać. Zwykle są to tereny zamknięte. Jeśli nie ma ochroniarzy, są przynajmniej kamery. Pauzy kręcimy na strzeżonych parkingach albo na terminalach DHL, gdzie osoby postronne nie mają prawa się znaleźć. Najbardziej niebezpiecznie jest na południu, w dużych miastach, na szlakach tranzytowych. Wiadomo, że tam, gdzie duży ruch ludzi i towarów, tam i wyższa przestępczość.

Fot. archiwum Sebastiana Pająka

Imigranci?

W mojej ocenie nie ma to związku z falą imigrantów, którą obserwowaliśmy trzy lata temu w całej Europie. Choć na pewno przyjeżdżają tu różni ludzie. I Szwecja się zmienia. Na pewno nie jest tak bezpiecznie, jak było kilkadziesiąt lat temu. Szwedzi opowiadają, że kiedyś wszędzie można było zostawić otwarte auto z kluczykami w stacyjce. Że jak postawiłeś pod domem torbę z zakupami, to nikt jej nie ruszył. A jak zostawiłeś, zgubiłeś gdzieś portfel, to zaraz ktoś ci go przyniósł. Teraz już takiej sielanki nie ma. Wydaje mi się jednak, że różnice w postrzeganiu imigrantów teraz, a na przykład w latach 80. I 90. wynikają z tego, iż różne incydenty, kradzieże, różne inne przestępstwa są nagłaśniane. Przede wszystkim w mediach społecznościowych. Śledząc doniesienia medialne na pewno można dojść do wniosku, że liczba napadów czy gwałtów wzrosła. Ja jednak nie oskarżałbym o to tylko nowo przybyłych.

Nowoprzybyłych? Eleganckie określenie.

Szwedzi bardzo boją się oskarżeń o rasizm, dlatego używają takich określeń. Ja również uważam, że nie należy nikogo stygmatyzować. Należy oceniać konkretnego człowieka, jego czyny, a nie przyklejać mu etykietki. Na portalach, różnych forach internetowych widać emocje. Opisywane są różne przykre zdarzenia. Tylko że jeśli czytam o bójce w jakiejś dzielnicy, zastanawiam się, co w tym sensacyjnego. Czy to nie jest podkręcanie tematu na siłę? Może różne osoby różnie interpretują daną sytuację.

Nie wiem, skąd pochodzisz, a ja z czasów młodości pamiętam, że w Katowicach, kiedy ekipa z osiedla Tysiąclecia weszła na osiedle Witosa, to dostawała po mordzie. W innych dzielnicach też się zdarzały takie akcje. Dlatego nie dziwi mnie, że w Sztokholmie również się to może zdarzać.

Pamiętam takie międzyosiedlowe potyczki, lecz czym innym jest dzielnica opanowana przez imigrantów, jakąś grupę etniczną, wyznaniową.

To może być problem, ale przestępczości nie wiązałbym z konkretną nacją, wiarą czy specyficznymi cechami danej grupy. Ostatnio w Internecie żywo komentowano nagranie, na którym widać, jak gość kradnie rower pozostawiony na stacji kolejki. Robi to w biały dzień. Obejrzałem i pomyślałem sobie: chyba mój rodak. I co się okazało? Polak. Ale czy to znaczy, że wszyscy Polacy to złodzieje? Dlatego należy unikać takiego etykietkowania. Wskazywania palcem: że to oni są winni, to na pewno oni zrobili.

Mieszkałem kiedyś w dzielnicy z Rosjanami, Serbami, przybyszami z południa i wschodu… I czułem się bezpiecznie. Może komuś wydawali się groźni, ale okazywało się, że to przyjaźni ludzie. Dobrzy sąsiedzi. Wśród nowo przybyłych również są tacy, którzy chcą normalnie żyć. Asymilują się, uczą języka, pracują, chodzą do szkoły. Nie można ich oceniać na podstawie kilku filmików wrzuconych do sieci. Po Internecie krążą przecież różne nagrania, także z kierowcami w roli głównej. Ostatnio jakąś bójkę widziałem. I cóż z tego? W każdej grupie zawodowej, w każdej społeczności zdarza się, że ktoś za dużo wypije. Ktoś komuś dołoży. Ja to komentuję krótko: złego kompana do wódki sobie dobrałeś. We wszystkim trzeba mieć umiar i rozum. Inna sprawa, że na portalach nikt nie będzie oglądał, jak kierowcy piją kawę czy grillują. Szuka się sensacji. Że ktoś „się najebał i wyjebał”. Przepraszam za dosadne słownictwo. Ale łatka kierowcy brudasa i pijaka jest paskudna. Nie zgadzam się na nią. Między innymi z tego powodu udzielam się w mediach społecznościowych. Ostatnio zrobiłem, nieco prowokacyjnie, małą ankietę. Wypić piwko czy nie? Wrzuciłem fotkę. Czekałem na głosy.

I jakie komentarze przeważały?

Raczej pozytywne. Jedno piwo dla gościa, który waży 105 kilo, to chyba dozwolona dawka po całym dniu pracy. Czym innym jest wypicie jednego browarka do kolacji, a czym innym chlanie do godz. 3 nad ranem, kiedy wiesz, że musisz o godz. 6 usiąść za kółkiem.

To jest chyba dobry moment, by przejść do lżejszych tematów. Choćby takich, jak kuchnia w trasie. W czasie twoich pięciodniowych wyjazdów to przecież nie mogą być tylko kanapki i herbata w termosie.

Przekonaliśmy naszego pracodawcę, że w każdym samochodzie, który jedzie w dłuższą trasę, muszą być trzy rzeczy: lodówka, mikrofalówka i maszyna do kawy. Kiedyś zapytałem szefa: „Mats, ile ja kaw piję dziennie?” Stwierdził, że kiedy jestem w biurze, to przynajmniej dwie. Wyjaśniłem, że przez cały dzień wypijam pięć lub sześć. A każdy zjazd na stację benzynową po kawę to 15 minut. Półtorej godziny dziennie. Oblicz sobie szybko, ile tracisz w skali roku – zasugerowałem. Zrozumiał, że zakup małego ekspresu do kawy zwróci się w dwa tygodnie.

Dobrego masz szefa.

Bardzo dobrego. Jesteśmy w podobnym wieku. Dogadujemy się. On wie, że ja zawsze walę prosto z mostu…

A wiesz, co mógłbyś usłyszeć od właściciela polskiej firmy transportowej?

Wiem. „A co mnie to k… obchodzi, ile ty kaw wypijasz”! Ale Mats rozumie, że kierowca, który ma dobre warunki, lepiej pracuje. Bardziej wydajnie. Czasami jest tyle roboty, że nie mam czasu zjechać do przydrożnej knajpy. A jeśli jest lodówka, mikrofala, to w każdej chwili mogę ogarnąć jakiś szybki posiłek. I później zaparzyć jeszcze dobrą kawkę.

Fot. archiwum Sebastiana Pająka

Jakieś inne słabości, oprócz kawy, masz?

Alkoholikiem nie jestem.

Nie chodzi mi o alkohol. Raczej o słodycze i inne niezdrowe przekąski. Wielu kierowców zajada stres i zmęczenie.

To prawda. Na mnie też kawa i tabliczka czekolady działają lepiej niż czteropak red bulla.

Niektórzy podobno „budzą się” żelkami, inni palą papierosa za papierosem.

Każdy ma swoje sposoby na walczenie ze snem. Moim patentem jest… zjazd na parking. 15–20 minut drzemki pozwala człowiekowi stanąć na nogi. Daje siłę na kolejne dwie godziny jazdy. Zmęczenie kierowcy to poważny problem. Bardzo łatwo przeoczyć ten moment, kiedy głowa poleci. I nieszczęście gotowe. Zdarzyło mi się zasnąć za kierownicą. Samochodu osobowego. Miałem wtedy 27 lat. Na szczęście jechałem nocą, na drodze było pusto. Nikomu nic się nie stało. To była nauczka. Teraz nie ryzykuję. Kiedy czuję zmęczenie, nie mówię sobie: jeszcze tylko 100 km. Po prostu zjeżdżam na parking. Wiem, że ze snem nikt nie wygrał. Kawy też piję coraz mniej. Czekolady staram się ze sobą nie wozić. Kiedy mam słodycze w samochodzie, potrafię wstać w środku nocy i wszystko zjeść. Jakiś czas temu zacząłem bardziej dbać o dietę, o zdrowie.

Brzuch rośnie, kręgosłup boli, nogi puchną…

Miałem problem z plecami, ale zacząłem się więcej ruszać, aktywniej spędzać weekendy i problem zniknął. Od niedawna testuję też specjalną poduszkę dla kierowców. W Polsce ją zamówiłem. Na razie się sprawdza. O tym, że praca truckera może się odbić na zdrowiu, po raz pierwszy przekonałem się w dniu 33 urodzin. Obudziłem się, obróciłem na łóżku i już następnego ruchu nie wykonałem. Wylądowałem na L4. Teraz jestem blisko czterdziestki i wiem, że trzeba się pilnować. Zdrowo odżywiać. Regularnie robić badania. Dlatego po powrocie do domu nie siadam przed telewizorem. Tym bardziej że dzieciaki – syn ma jedenaście lat, córka osiem – domagają się, by ojciec im coś fajnego zorganizował. Kiedyś jak zjeżdżałem do domu to zwykle już spały. Dziś muszę i chcę poświęcać im więcej czasu.

Praca truckera jednak temu nie sprzyja.

Są takie chwile, kiedy nie chce mi się jechać. Wychodzę z domu, a dzieci pytają: tata, będziesz jutro? Wtedy jest smutek. Refleksja: może by poszukać inne roboty. Na miejscu. Chciałbym pozostać w branży transportowej, lecz robota za biurkiem to nie dla mnie. Nie widzę się na stanowisku dyspozytora czy innym tego typu. Nawet na krótkim urlopie tęsknię za ciężarówką. Gdy po dwutygodniowej przerwie wsiadam do kabiny, myślę sobie: to jest to! Ta praca to jest pewien rytm. Styl życia. Przyzwyczajenia. Może kiedyś spróbuję innej, ale to dopiero kiedyś.

Fot. archiwum Sebastiana Pająka

A na razie: odpalasz silnik i…

Ruszam dalej na północ.

Muzyka gra? Tyle godzin za kierownicą, w samotności. Radio lub CB radio pomaga.

Słucham, słucham. Ale nie jestem ukierunkowany na jeden rodzaj muzyki. Nocą lubię posłuchać dobrego rocka, czasami nawet muzyki klasycznej. Chętnie puszczam Metallicę.

Metallica, czyli klasyka.

Jadę przez góry i lasy, gdzieś daleko na północy, gra Metallica i wtedy czuję, że robię w życiu to, co kocham.

Tomasz Maciejewski
W drodze
Miej rękę na pulsie!
Najciekawsze informacje o branży TSL co tydzień na Twojej skrzynce e-mailowej
Wyrażam zgodę na przetwarzanie przez X Project sp. z o.o., moich danych osobowych w postaci adresu poczty elektronicznej w celu przesyłania mi informacji marketingowych. WIĘCEJ

Wyrażam zgodę na przetwarzanie przez X Project sp. z o.o., moich danych osobowych w postaci adresu poczty elektronicznej w celu przesyłania mi informacji marketingowych dotyczących produktów i usług oferowanych przez X Project sp. z o.o., za pomocą środków komunikacji elektronicznej, stosownie do treści przepisu art. 10 ust. 1 i 2 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Szczegółowe zasady dotyczące przetwarzania danych osobowych i zgód marketingowych wyrażone są w klauzuli informacyjnej. Przed wyrażeniem zgód marketingowych prosimy o zapoznanie się z jej treścią.

Fleetguru informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies
zamknij