Silvia to góralka z temperamentem, która kocha swojego zmiennika. Od momentu, gdy spotkali się… przy ołtarzu

21 czerwca
W drodze

W truckerski świat wkroczyła… na ślubie koleżanki. Ona była świadkową, a świadkiem pana młodego jego brat – zawodowy kierowca. Od tego dnia mówi o nim „mój Hubert”. Wzięli ślub i razem krążą ciężarówką po Europie.

Aż trudno uwierzyć, że prawo jazdy kategorii B zrobiła zaledwie trzy lata temu. Od pół roku pracuje na „dużych”. Hiszpania, Portugalia, Francja, Niemcy, Czechy, Słowacja – tysiące kilometrów tygodniowo, zarwane noce, zmęczenie, ale też piękne widoki, nowe miejsca, ciekawi ludzie. Czy zdjęcia publikowane na fanpage’u Silvia Trucking Girl to tylko urocze obrazki, ładne opakowanie? Po rozmowie z Silvią Chorąziak (urodziła się we Włoszech, stąd jej imię) nie mam wątpliwości, że naprawdę lubi tę pracę. I kocha swojego zmiennika za kółkiem…

Fot. archiwum Silvii Chorąziak

Podczas krótkiego pobytu w domu znalazła chwilę dla Fleetguru.eu i opowiedziała nam o tym, dlaczego z górzystego Podhala trafiła na płaskie jak stół autostrady, czym zajmowała się wcześniej i z jakim bólem serca to porzuciła, co sądzi o stereotypach na temat truckerów, po co kolekcjonuje kolejne kategorie prawa jazdy i jak ciężko pracuje skrzynia biegów w starze.

Tomasz Maciejewski: Pół roku i prawie cała Europa zaliczona?

Silvia Trucking Girl: Troszeczkę już zwiedziłam. Bardzo lubię odkrywać nowe miejsca. Nie ma we mnie strachu, który zwykle towarzyszy wyjazdom. Jest ciekawość.

W którym kraju jest najpiękniej? Gdzie najlepsze drogi? Gdzie najbezpieczniej?

Właściwie w każdym zakątku Europy znajdzie się coś wyjątkowego. Niedawno byliśmy w Portugalii. Trochę się obawiałam tamtejszych dróg, ale jechało się bardzo fajnie.

Fot. archiwum Silvii Chorąziak

Widziałem na fanpage’u radość przed tą wyprawą do Portugalii. A później zdjęcia z mostu Vasco da Gamy.

Najdłuższego mostu w Europie. Portugalia jest piękna, ciepła, zielona. Pierwszy raz byłam w tym kraju, stąd entuzjazm. Niby trochę stresu było, bo jechaliśmy w nieznane. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Ale ten stres szybko ustąpił. Teraz jest radość, satysfakcja. Że się dało radę, że poznało się nową trasę, nowe adresy, nowych ludzi.

Sama by pani tak daleko pojechała?

Chyba jeszcze nie na tym etapie. Ciężarówką jeżdżę dopiero pół roku. Czuję się coraz pewniej, ale sama to jednak co innego niż w duecie.

Razem raźniej. Bezpieczniej pod każdym względem.

Tak. I za kierownicą, i tak ogólnie. W sumie w każdym kraju czuję się tak samo bezpiecznie, bo jestem z mężem. Nie mieliśmy, na szczęście, żadnych niemiłych przygód. Choć słyszy się o różnych incydentach, kierowcy wymieniają się informacjami.

Fot. archiwum Silvii Chorąziak

Francja, Calais…

Nie tylko. W Hiszpanii też zdarzają się kradzieże, napady. W każdym kraju trzeba uważać. Zwykle wozimy towar o dość dużej wartości, np. ubrania, więc stajemy na parkingach strzeżonych. Ale bywa też tak, że trzeba się zatrzymać tam, gdzie nie planowaliśmy. Wiadomo, że czas pracy kierowcy jest ściśle określony. Jeśli utkniesz gdzieś w korku, możesz nie dotrzeć do wyznaczonego punktu.

Wtedy trzeba wzmóc czujność.

Pracując w transporcie zawsze trzeba mieć oczy dookoła głowy. Trzeba przewidywać. Na parkingach kierowcy zwykle sobie pomagają. Kiedy spotykamy znajomego, ustawiamy się blisko siebie. Reagujemy, gdy dzieje się coś niebezpiecznego.

Macie sprawdzone miejscówki?

Zwykle firma wyznacza nam miejsca postoju. Mamy bardzo dużo „przepinek”, więc musimy się dostosować. Funkcjonujemy w większej maszynerii, w całym systemie logistyki. Plusem tego rodzaju pracy jest m.in. to, że korzystamy z dobrych parkingów, ogrodzonych, z kamerami, zapleczem.

Właśnie. Napisała pani kiedyś, że tęskni za stacjonarnym łóżeczkiem, łazienką.

Nie ma co ukrywać, w trasie warunki nigdy nie będą takie, jak w domu. Są dni, kiedy chciałoby się po prostu zostać w łóżku. Pamiętam jeden wyjazd, kiedy dostałam wysokiej gorączki. Bardzo źle się czułam. I wtedy miałam ochotę tylko spać. A wiadomo, że kabina to nie sypialnia. Nie jest tak cicho i wygodnie. Nie ma stałego dostępu do łazienki.

No to po co było robić to prawo jazdy na ciężarówki?

No właśnie. Tym bardziej że kochałam swoje poprzednie zajęcie. W zupełnie innej branży. Byłam nianią. Uwielbiam zajmować się dziećmi. Mam z nimi dobry kontakt. Opiekowanie się dzieciakami to był cały mój świat. I chyba łatwiejsza, przyjemniejsza praca niż transport. Wstajesz rano i idziesz do kochanych maluchów…

Dlatego nie rozumiem.

Miłość. Kiedy poznałam Huberta, zafascynował mnie nie tylko on, ale także to, czym się zajmuje. Pojechałam z nim kilka razy. Spodobało mi się. Głównym argumentem było jednak nie to, że praca kierowcy jest ciekawa, lecz by po prostu być razem! Małżeństwo, które widuje się co kilka tygodni, nie odpowiadało nam. Ja jestem góralką! Nie po to przeniosłam się z Podhala w Łódzkie, żeby siedzieć w domu i czekać na męża.

Fot. archiwum Silvii Chorąziak

Już rozumiem. Góralka dużo zrobi dla miłości.

Poznaliśmy się na ślubie mojej koleżanki.

Romantycznie.

Ja byłam świadkową, on świadkiem.

Bardzo romantycznie. Jak w filmie.

Koleżanka wychodziła za mąż za brata mojego Huberta.

Mój Hubert… Od początku wiedziała pani, że to ten jedyny.

Wiedziałam, kto będzie świadkiem. Że jest dziesięć lat ode mnie starszy. I że jeździ tirami. Można powiedzieć, że to mnie od początku intrygowało.

Nie zniechęcało? Wie pani, jaki jest stereotypowy obraz kierowcy: wąsaty Janusz z piwnym brzuchem, w przepoconej koszulce.

Niektórzy pewnie mają takie wyobrażenia na temat truckerów, lecz ja nie miałam w głowie tak negatywnego obrazu. A jak zobaczyłam mojego Huberta, to stało się jasne, że nie jest to kierowca z brzuszkiem. Zmęczony, zaniedbany. Mój mąż jest wysportowany, ma supersylwetkę, dużo ćwiczy. To też nas połączyło. Ja zawsze lubiłam sport. Nie wyobrażam sobie, że wolny czas można spędzać tylko w fotelu przed telewizorem.

W trasie też pani ćwiczy. Gimnastyka, skakanka, gumy. Widziałem też zdjęcia z efektownymi figurami… na rurze.

Pole dance. Spodobało mi się i zaczęłam chodzić na treningi. Kiedy jestem w domu i mam okazję pójść na profesjonalne zajęcia, jestem przeszczęśliwa. A podczas wyjazdów muszą wystarczyć proste ćwiczenia. Bierzemy w trasę trochę sprzętu. To, co zajmuje mało miejsca. Na dłuższej pauzie staramy się trochę porozciągać. Wiadomo, że siedząca praca nie jest dobra dla zdrowia.

Fot. archiwum Silvii Chorąziak

Po całym dniu za kółkiem przy niesprzyjającej pogodzie jeszcze chce się pani przebierać i skakać?

Wiadomo, że nie zawsze są siły i ochota. Czasami jest zimno, czasami za gorąco. Kiedy jestem ekstremalnie zmęczona, rezygnuję z treningu. Ale staram się pokonywać swoje słabości. Należę do osób, które lubią się ruszać. Jeśli coś mi się podoba, to nie gadam o tym, tylko próbuję. Chcę się uczyć nowych rzeczy. Tak było właśnie z pole dance.

I tak było z pracą na truckach.

Tak. Postanowiłam, że zrobię uprawnienia, żeby jeździć z Hubertem. I postanowienie zrealizowałam.

Góralski charakter… Mąż nie próbował tłumaczyć, że to jednak jest bardzo ciężka robota, dla kobiety może zbyt ciężka?

Widział, że chcę jeździć. Motywował mnie. Podczas kursu nie było lekko. Pierwsze jazdy, podczepianie przyczepy. Powiedziałam, że nie wiem, czy dam radę. W tym momencie najmocniej mnie wspierał.

Szczuplutka dziewczyna i kilkunastotonowy zestaw z przyczepą.

W szkole jazdy nie było takich samochodów, jakie mamy do dyspozycji w pracy. Instruktor nawet mówił: dziewczyno, jeździsz dobrze, ale ty taka drobniutka, siły brak. Jak ty to zdasz? Jeździliśmy starem, wysłużonym manem i nowszym dafem. Tylko w tym ostatnim wszystko dobrze działało. Pamiętam, że nie miałam siły „przebić”, żeby górna skrzynia weszła. W nowych ciężarówkach jest guziczek. Wystarczy nacisnąć. W starze prztyczek nie reagował. Trzeba było walnąć. Ale na egzaminie trafiłam dafa, stres zszedł i bez problemu zdałam. Nic trudnego. Przecież w autach osobowych też jest kierownica, skrzynia biegów, lusterka. Ciężarowy jest tylko większy.

Fot. archiwum Silvii Chorąziak

Doświadczenie z kategorią B iluletnie?

Właśnie 15 czerwca była trzecia rocznica, jak zdałam prawko.

No to jest pani początkującym kierowcą.

Można powiedzieć, że mam skromny staż. Trzy lata osobowymi, pół roku na ciężarowych. Ale szybko się uczę. Im większy pojazd, tym lepiej się czułam. Kiedy robiłam kategorię C, tak zwaną solówką gorzej mi się jeździło.

Szacunek.

Dziękuję. To było dla mnie wyzwanie. Teraz odczuwam dużą satysfakcję. Nie ukrywajmy, niektórzy kierowcy boją się wyjechać w miasto dłuższym samochodem osobowym. Ponieważ trudniej się manewruje, parkuje. Ja takich lęków nie miałam.

Skoro tak błyskawicznie udało się zdobyć uprawnienia B, C, E – może warto postarać się również o D? Kierowcy autobusów poszukiwani. Pieniądze mniejsze, ale praca na miejscu.

Myślę, że taka praca mogłaby mnie zmęczyć, znudzić. Jeżdżenie po mieście. Monotonia. Tłum ludzi. Wolę jechać w świat. Z mężem. Droga i my dwoje. Nasze życie, na razie, to ciężarówki. Ale nie wykluczam, że kiedyś postaram się o kategorię D. Tym bardziej że Hubert niedawno zrobił.

Fot. archiwum Silvii Chorąziak

Element rywalizacji?

Może nie rywalizacji, ale naśladownictwa. Gonię go. On pracuje w transporcie już dziesięć lat. Ja jestem nowicjuszką, uczę się od niego. Kiedy zdał egzamin na D, przemknęło mi przez myśl, że warto mieć wszystkie kategorie. Kolekcja.

Prawdziwy truckerski duet.

Wspólne życie, wspólna praca, wspólne plany. Chcemy się wybudować. Swoją przyszłość wiążemy z Łódzkiem. Stąd pochodzi mąż. Ja zdecydowałam się na przeprowadzkę. I jak każde młode małżeństwo, chcemy się trochę dorobić.

Zarobki to chyba największy plus w pracy na truckach.

Na pewno jest to motywacja. Dla nas najważniejsze było to, żeby skończyły się te ciągłe rozłąki. On w drodze, ja w domu. Ale jasne jest również, że podwójna wypłata to dużo więcej niż jedna. Rozpoczęliśmy nowy rozdział… Tylko żeby nie zostało to odebrane tak, że porzuciłam wszystko, co było wcześniej. Często odwiedzam rodzinę. Chętnie wracam na Podhale. Ostatnio jechaliśmy przez Chyżne, więc zrobiliśmy niespodziankę rodzicom, którzy mieszkają 20 km od polsko-słowackiej granicy, i wpadliśmy na obiad.

Góralko, czy ci nie żal… tych pięknych krajobrazów, klimatu, przestrzeni, ośnieżonych szczytów?

Od zawsze miałam góry. Teraz wolę płasko.

Fot. archiwum Silvii Chorąziak

A po górach we Francji, Hiszpanii, Austrii była okazja pojeździć?

Na początku, nie ukrywam, bałam się. Szczególnie kiedy byliśmy załadowani. Ponad 20 t na pace i samochód nie zawsze się mnie słuchał. Ale ogarnęłam. Jestem przecież zawodowym kierowcą. Wiedziałam, na co się piszę. Wszystkiego można się nauczyć. Poruszanie się po trudniejszych szlakach to kwestia wprawy, doświadczenia. Dużo zależy też od samochodu. Dostawaliśmy takie, które nie sprawiały problemów. I takie, że… tragedia. Wtedy najlepiej się czuję się na prawym fotelu. Żartuję czasami, że jako pasażerka mogę wszędzie jechać. Hubert uwielbia wyzwania. Podjazdy, serpentyny. Jeździ bardzo dobrze. Pewnie. Bezpiecznie.

Zdarzały się jakieś niespodzianki, awarie?

Raczej drobiazgi. Kiedyś odebraliśmy auto z warsztatu, niby zrobione… a jak tylko zjechaliśmy z autostrady, zbuntowało się. Trzeba było dzwonić do mechanika. Zidentyfikować problem. Wtedy bardzo cieszyłam się, że jestem z mężem, a nie sama.

Mąż zajmuję się naprawą, a pani w tym czasie… przygotowuje posiłek? To może banalny przykład, lecz jakiś podział obowiązków na pewno jest.

Podział obowiązków musi być. Ale jest też równouprawnienie. Wymieniamy się. Kiedy on jedzie, ja robię coś do jedzenia. Kiedy natomiast ja prowadzę, on zajmuje się kuchnią. Gdy wieczorem ma do ogarnięcia dużo spraw papierkowych, wiadomo, że ja przygotuję kolację. Pełna współpraca. Podział zadań zależy także od sytuacji na trasie, od naszej kondycji. Czasami jesteśmy bardzo zmęczeni i wtedy liczy się tylko to, by znaleźć dobre miejsce na odpoczynek. Odespać. A jak się zregenerujemy, możemy zrobić wielkie sprzątanie. Lubimy, gdy jest czysto. Wszystko na swoim miejscu. Niestety, są kierowcy, którzy nie znają słowa porządek… Zdarzało się, że wsiadaliśmy po kimś do samochodu i łapaliśmy się za głowy. Przecież kabina to nasz mobilny domek. Musi być w nim schludnie, przytulnie. Kuchnia też powinna być taka jak w domu. Staramy się zdrowo odżywiać. Zresztą mąż świetnie gotuje.

Ale jako fit-trucker raczej nie kiełbasę, żeberka, golonkę?

A właśnie że uwielbia golonkę. Jest fit, ale je bardzo tłusto. Golonki, kaczki, boczki. Taka dieta mu służy. Nawet się dziwię, że nie tyje. Sposób odżywiania, metabolizm to sprawa bardzo indywidualna. Są osoby, które mogą dużo jeść i nie przybierają na wadze. Mąż nie jest przysłowiowym Januszem, którego dieta to golonka i piwo, jednak preferuje tradycyjną kuchnię.

A pani?

Ja też nie dałabym rady tylko na sałacie. Cha, cha, cha… W tej pracy naprawdę trzeba mieć krzepę. Nie wytrzymalibyśmy kilka tygodni bez mięsa. Co nie znaczy, że nie lubimy lżejszych posiłków, przekąsek. Dieta musi być zrównoważona. Nie mamy obsesji, że tylko kotlety albo tylko zielenina. Staramy się kontrolować kalorie. Nie przesadzać ze słodyczami. W domu cukier jest tylko dla gości. Ale w upalne dni chętnie jemy lody. Wszystko z umiarem.

Fot. archiwum Silvii Chorąziak

A co dobrego można było zjeść w Portugalii?

Bardzo żałuję, że nie było okazji spróbować tamtejszej kuchni. Staliśmy na parkingu, gdzie był tylko sklep ogrodniczy. Do miasta daleko. Mogliśmy tylko zajrzeć na chwilę do małej kawiarni. Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja tam pojechać. Zobaczyć i posmakować czegoś więcej niż kawa.

Długo planujecie jeździć po Europie?

To na pewno nie jest praca na całe życie. Mąż pracuje już dość długo, a siedzenie za kółkiem odbija się na zdrowiu. Nawet jeśli dba się o kondycję. Życie w trasie utrudnia też funkcjonowanie rodziny. Na razie nie mamy dzieci, ale chcemy mieć. Dlatego ja planuję jeździć jeszcze ze dwa lata. A później…

Po urlopie macierzyńskim niby można wrócić na ciężarówki, ale zapewne łatwe to nie jest.

Praca w transporcie międzynarodowym to rozstania i powroty. Tęsknota. Raczej trudno sobie wyobrazić, że tata z mamą co chwilę wyjeżdżają na dwa, trzy tygodnie, a dzieci zostają pod opieką babci czy cioci. Jako duet – można tak żyć. Gdy rodzina się powiększy – raczej nie. Dostrzegamy ograniczenia, wady tej profesji.

Nie zawsze udaje się wrócić na urodziny teściowej czy rocznicę ślubu rodziców.

Ostatnio mieliśmy komunię i nie daliśmy rady zjechać. Przykro. Zdarza się, że nawet podczas dłuższego pobytu w domu brakuje czasu na spotkania z bliskimi, z przyjaciółmi. Jest tyle spraw do załatwienia. Choćby lekarz. Od kilku tygodni próbuję umówić się na wizytę kontrolną i jakoś się nie udaje.

Tomasz Maciejewski
W drodze
Miej rękę na pulsie!
Najciekawsze informacje o branży TSL co tydzień na Twojej skrzynce e-mailowej
Wyrażam zgodę na przetwarzanie przez X Project sp. z o.o., moich danych osobowych w postaci adresu poczty elektronicznej w celu przesyłania mi informacji marketingowych. WIĘCEJ

Wyrażam zgodę na przetwarzanie przez X Project sp. z o.o., moich danych osobowych w postaci adresu poczty elektronicznej w celu przesyłania mi informacji marketingowych dotyczących produktów i usług oferowanych przez X Project sp. z o.o., za pomocą środków komunikacji elektronicznej, stosownie do treści przepisu art. 10 ust. 1 i 2 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Szczegółowe zasady dotyczące przetwarzania danych osobowych i zgód marketingowych wyrażone są w klauzuli informacyjnej. Przed wyrażeniem zgód marketingowych prosimy o zapoznanie się z jej treścią.

Fleetguru informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies
zamknij