Zakop się tak, żeby szło cię wyciągnąć. O dziewczynie, która lasu się nie boi

15 marca
W drodze

Przez wiele lat jeździła konno, teraz ma pod nogą 460 koni, ale mechanicznych. I też często szaleje po leśnych lub polnych drogach, targając wielkie drewniane bale. – Fajne jest to, że nigdy nie wiesz, czy wyjedziesz o własnych siłach – śmieje się Iza Nikel, truckerka z Kaszub.

Fot. archiwum Izy Nikel

Gdy gdzieś na trasie miniecie błyszczącego czarnego mana z naczepą kłonicową, możliwe, że to była Iza. Jeśli na masce wypatrzycie napis „CZAPIEWICE”, wzrasta prawdopodobieństwo, że za kółkiem siedzi ta przesympatyczna dziewczyna. Jeśli chcecie mieć pewność, musicie szukać naklejek na szybie. Białej eleganckiej stylizowanej czcionki. Po prawej stronie nazwa „Brusy” (miejscowość na Kaszubach), po lewej – imię.

– Jak z daleka widzę coś czarnego z drzewem, to od razu luk na szybę, czy to nie Iza – śmieje się Kamil, jeden z zaprzyjaźnionych truckerów.

Fot. archiwum Izy Nikel

– Gwiazda. Najbardziej rozpoznawalna – dodają inni komentujący zdjęcia na profilu „Iza – manem po kraju”.

– Perła jest tylko jedna – przekonuje Radosław, kolega z branży.

Coś jest na rzeczy. Ten perłowy „Maniek” zawsze wygląda, jakby dopiero co odwiedził myjnię. Czyściutki, błyszczący, elegancki.

– Zwykły, ale nowy. Dlatego się świeci – stwierdza skromnie Izabela Nikel.

Fot. archiwum Izy Nikel

Kłody na drodze

Man TGX. Rocznik 2018. Pod maską 460 KM. Nie zawsze wystarczy, gdy grzęźniesz na leśnych drogach.

– Fajne w lesie jest to, że nigdy nie wiesz, czy wyjedziesz o własnych siłach – śmieje się Iza. – Każdy las i teren jest inny. Pogoda ma bardzo duży wpływ. Najgorsze uczucie – jak chcesz szybko zrobić zakręt, by się nie zakopać, skręcasz koła, a auto idzie prosto, własnym życiem.

Fot. archiwum Izy Nikel

Ostatnio jeździ tylko z drewnem. Tłumaczy, że po pamiętnej nawałnicy na Pomorzu w sierpniu 2017 roku drwale mają bardzo dużo roboty. Dlatego wielu transportowców przestawiło się na tzw. dłużycę. Wożą ogromne drewniane kłody. Do składów, tartaków, portów. Robota leśnych truckerów różni się od załadunków i rozładunków w magazynach. Nie ma ramp, wózków widłowych, równo ułożonych skrzynek lub kartonów. Zamiast 33 europalet trzeba zabrać np. kilkadziesiąt sosnowych pni. Oczywiście są odpowiednio obrobione, przycięte, jednak bezpiecznie je dźwignąć, ułożyć, spiąć i przewieźć to duża sztuka. Kierowca musi mieć wprawę, żeby wydostać się z piachu na utwardzoną szosę. Teren wyrębu zwykle przypomina odcinek specjalny offroadowego rajdu, a nie plac manewrowy dla zestawu z kilkunastometrową naczepą. Są dziury, korzenie, kałuże wielkości sadzawki, skarpy, koleiny.

Fot. archiwum Izy Nikel

– Najważniejsza zasada brzmi: „zakop się tak, żeby szło cię wyciągnąć”. Zawsze się z tego śmiałam, dopóki serio nie szło mnie wyciągnąć i trochę drewna trzeba było zdjąć. I tak dość łatwo to poszło, ale u kolegów po fachu widziałam zdecydowanie gorsze przypadki – opowiada truckerka z Brus.

Byle trzymać kierownicę

Jak trafiła na ciężarówki? Skąd ta pasja? Jak wyjaśnić to, że po piętnastu ciężkich godzinach w terenie strzela uśmiechniętego selfika i stwierdza, że nie wyobraża sobie innego zajęcia?

– Zdecydowanie kocham to – mówi Iza. – Od małego lubiłam samochody. Jak tylko miałam okazję, siadałam tacie na kolana i jazda do przodu! To nic, że nie sięgałam do pedałów, byle kierownica była w dłoni.

Tata dużo jeździł, tylko nie ciężarowymi. Córka mu towarzyszyła, ale…

– Z osobówką zawodowo nie widziałam żadnej przyszłości. Poza tym – mała. Mania wielkości – żartuje Iza. – Teraz nawet mój zestaw jest dla mnie mały. Lubię wyzwania, uwielbiam się gdzieś kleszczyć, to daje satysfakcję.

Dziewczyna z czarnego mana dość szybko osiągnęła poziom profi. Ale przecież kierowcą kilkudziesięciotonowego zestawu nie zostaje się w tydzień.

– Zaraz po osiemnastce zrobiłam prawo jazdy kategorii B i po ukończeniu szkoły od razu poszłam na busa. Dziewięć miesięcy, dziewięć krajów. Radość nieziemska. Niestety, po tych dziewięciu miesiącach stwierdziłam, że bus jest dla mnie za mały. Chcę więcej – powtarza swoje życiowe zawodowe credo.

Nie ukrywa, że trochę obawiała się kategorii C+E. Nikt z rodziny nie pracował na „dużych”. Pojawiały się pytania: po co wydawać pieniądze na prawko, skoro i tak nie będziesz jeździć? Kto cię zatrudni? Czy to jest praca dla kobiety?

– To, że tata trochę we mnie nie wierzył, jeszcze dodało mi skrzydeł. Powiedziałam „udowodnię mu, że potrafię”. Pomógł mi wtedy chłopak. Bardzo wiele mnie nauczył, za co jestem mu wdzięczna do dziś – podkreśla Iza.

Fot. archiwum Izy Nikel

Strach i fascynacja

Po drodze było kilka zakrętów. Młoda truckerka musiała pokonać stres i nie zawsze życzliwych instruktorów. W pewnej firmie miała taką nauczycielkę, że… poszła do szefa z reklamacją. Powiedziała, że będzie jeździła sama albo wcale. Dopięła swego. Co ciekawe, zaraz po zrobieniu prawka (koniec 2016 roku) dostała propozycję pracy „na gabarytach”. Zgodziła się.

– Pierwszy samodzielny kurs był do Szkocji. Oczywiście w konwoju, z pilotami. Pierwszy raz do Anglii, pierwszy raz lewą stroną i pierwszy raz prom. Strach i fascynacja jednocześnie – opisuje Iza.

Przez siedem miesięcy pracowała w systemie: dwa – trzy tygodnie w trasie, powrót do domu i znów trzy tygodnie za kółkiem. Rozstania z chłopakiem. Rodzina przez telefon. Postanowiła zmienić pracodawcę. Znalazła firmę w okolicy. Kursy po Polsce. Co weekend w domu.

– Pierwszy rok jeździłam głównie z „firankami” na tzw. przepinkach, czasami jakaś chłodnia się trafiła, ale jazda w spedycji to nie dla mnie. Albo stanie po trzydzieści godzin, albo gonitwa. Zmieniłam naczepę, nie firmę i teraz jeżdżę z drewnem – zaznacza.

To zwykle dwu–trzydniowe eskapady. Łatwiej pogodzić obowiązki zawodowe z domowymi. Łatwiej wybrać się z przyjaciółmi na piątkową imprezę. A w sobotę i niedzielę poleniuchować. W weekend raczej nie sięga po kluczyki, choć zdarza się, że ulubionym audi wędruje gdzieś bez celu.

– To mnie odpręża – tłumaczy.

Kiedyś, od piątego roku życia do końca gimnazjum, dużo jeździła konno. Później najważniejsze stały się konie mechaniczne. Nawet jeśli czasem niosą zmęczenie, stres, samotność.

– Aktualnie nie mam męża, chłopaka, dzieci, więc bycie typem samotnika mi nie przeszkadza – komentuje truckerka. – Jeździmy na dwa auta z kolegą, więc na brak towarzystwa nie narzekam. Co chwilę się z kimś znajomym mijamy, a to jakaś szybka kawa, zdjęcie po drodze i jazda dalej.

Fot. archiwum Izy Nikel

Herbata, kanapki, tusz do rzęs

Życie w trasie wiąże się z różnymi niewygodami. Prycza w kabinie nie jest tak szeroka jak łóżko. Prysznic na stacji benzynowej zwykle nie przypomina domowej łazienki. Zupki chińskie zalewane wrzątkiem nie smakują jak obiad u babci.

– Kursujemy dużo tymi samymi trasami, więc już wiadomo, gdzie można dobrze zjeść i się umyć – zapewnia Iza. – Na trzydniowy wyjazd wystarczy trochę jedzenia z domu, kawa, herbata, jakieś kanapki. Raczej nie ma potrzeby gotowania.

Nieśmiało pytamy o kosmetyczkę. No bo przecież make-up, fryzura, manicure. Nawet w warunkach polowych trzeba sobie jakoś radzić.

– Hm – wzdycha kobieta za kółkiem. – Poza kosmetykami do mycia, jakimiś kremami i tuszem do rzęs nic nie zabieram. Nie lubię się mocno malować. Byle być czystym i zadbanym.

Przy okazji zdradza, że z zawodu jest fryzjerką. Dlaczego wybrała taką szkołę, a nie samochodówkę, skoro zawsze kochała auta?

– Za koleżanką poszłam – przyznaje.

Mówi, że nożyczkami, grzebieniem, maszynką pracowała tylko w ramach szkolnych praktyk. Salon fryzjerski nie jest tak fajny jak kabina ciężarówki.

Fot. archiwum Izy Nikel

– Jestem raczej kontaktową osobą, jednak wolę moje ciasne cztery ściany i drogę – deklaruje Iza.

W tym roku kończy dopiero 23 lata. Jej młodość, delikatność, uroda nie pasują do naczepy wypełnionej drewnianymi balami. Ale dziewczyna z Kaszub przełamuje schematy. Przeciera szlaki. Mówi, że stereotypy są słabe. Że trzeba spełniać marzenia.

– Moje początki były średnie. Manewrowanie zestawem, cofanie wydawało się niemożliwe. A teraz? Im ciaśniej, tym większa radość – śmieje się. – Kiedyś wszystko wydawało się straszne. Tachograf, jazda, cofanie, obsługiwanie naczepy. Do tego jazda za granicę bez znajomości języka. Wszystko było pod górkę. Każdy mój ruch był obserwowany. W sumie do dziś tak jest, lecz doszła większa pewność siebie. Na początku wystarczyło jedno spojrzenie i już ręce się trzęsły. Bardzo siedziało mi w głowie, że jestem kobietą i co ludzie powiedzą. Teraz traktuję siebie jak kierowcę i już nie zawracam na to uwagi.

Tomasz Maciejewski
W drodze
Miej rękę na pulsie!
Najciekawsze informacje o branży TSL co tydzień na Twojej skrzynce e-mailowej
Fleetguru informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies
zamknij