Wyznacz trasę

Busiarzem być. Konieczność, hobby czy stan umysłu?

6 lutego
W drodze

Są w trasie nawet miesiąc, śpią w „kurniku”, wielu jeździ przeciążonych, polują na nich służby drogowe o różnych kolorach mundurów. Praca kierowców busów łatwa nie jest, ale niektórzy ją kochają. Dlaczego? Bo traktują ją jak hobby.

Jeżdżą blaszakami, chłodniami, plandekami. Niektórzy tak załadowani, że w lusterkach widać wybrzuszenia. Inni wiozą tylko dwie palety towaru, kilkanaście kartonów albo jakąś maszynę.

– Przeładowani to jeździmy po Polsce. W Niemczech za kilkaset kilogramów nadwagi można zapłacić tysiąc euro – wyjaśnia Artur, czterdziestolatek spod Wrocławia.

Na busach pracuje od 2006 roku. Europę zjechał wzdłuż i wszerz. Teraz krąży głównie po Niemczech. Weekendy stara się spędzać w domu.

– Nie mam zdrowia, żeby przez miesiąc spać w „kurniku”. Podziwiam chłopaków, którzy pracują „cztery na jeden”. Ale też trochę im się dziwię. Taka praca odbije się na ich zdrowiu, rodzinie – ocenia Artur.

Cztery tygodnie w trasie, tydzień w domu

„Kurnik” to miejsce do spania, nadbudówka nad kabiną. „Cztery na jeden” to system pracy – cztery tygodnie w trasie, tydzień w domu.

– Zdarza się, że cztery tygodnie w trasie i jeden dzień w domu – komentuje z przekąsem Mateusz, młody, bo niespełna trzydziestoletni busiarz z Bydgoszczy.

– Jeden dzień to może trochę przesadziłem, ale tygodniowej przerwy nie pamiętam. Wyzysk w tej branży jest straszny. Szefowi najlepiej by pasowało, gdybyśmy latali non stop. Przez dwa, trzy miesiące. I zarabiali średnią krajową.

Zdradza, że dostaje – uśredniając – 3,8 tys. miesięcznie. Na rękę. Niby sporo, lecz biorąc pod uwagę trudy pracy kierowcy, tygodnie spędzane poza domem – nic nadzwyczajnego.

– Na dużych zarobiłby dwa razy tyle – stwierdza Mariusz, kierowca „dużego”, czyli ciągnika z naczepą, którego złapaliśmy na tym samym parkingu, co Mateusza. – Wielu busiarzy po kilku latach za fajerą [kierownicą – przyp. red.] przesiada się na ciężarowe. Mają więcej miejsca w kabinie, większą kasę i więcej czasu na sen – tłumaczy Mario.

Tak każe do siebie mówić, wskazując ledową tabliczkę na szybie. Zmęczona twarz świadczy o tym, że wiele w życiu już widział. Nie tylko za kółkiem. A na tzw. parkingowych uniwersytetach jest starszym wykładowcą. To jedno zdanie: o wygodniejszej kabinie, większych pieniądzach i lepszych warunkach odpoczynku dotyka istoty bytu… kierowcy.

„Kurnik” nie dla przystojnych

Żeby się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć do kabiny któregoś z popularnych modeli busów. Najnowsze są naszpikowane elektroniką, mają wygodne fotele i ekonomiczne silniki, ale życie w nich (jedzenie, spanie, mycie, przebieranie) przez kilka tygodni może zniechęcić najtwardszych. Do części wypoczynkowej wchodzi się przez niewielki właz, a to dopiero początek atrakcji. Żeby się tam ułożyć, trzeba zrzucić do kabiny przechowywane w „kurniku” ubrania i inne sprzęty. Średniej wielkości torba może ewentualnie posłużyć za poduszkę.

– Kiedy wyprostuję nogi, dotykam ścianki – śmieje się Damian Janiak w jednym z odcinków „Road Vloga”, w którym pokazuje życie busiarzy.

Damian jest słusznego wzrostu. Niższym osobom łatwiej umościć się w „kurniku”, jednak też trudno mówić o komforcie.

– Do wszystkiego można się przyzwyczaić – stwierdza Damian. – Mam tu lampkę, wentylację czy może raczej wywietrznik, ładowarkę z podwójnym gniazdkiem, a na ścianach kieszenie na różne drobiazgi.

Czy w „kurniku” w styczniu nie jest zimno? Jak latem wytrzymać upały?

– Jeżdżę chłodnią, silnik musi cały czas pracować, więc u mnie problemu z temperaturą nie ma – wyjaśnia Damian. – A kiedy jest bardzo gorąco, słonecznie – oczywiście szukam miejsca w cieniu.

Road Vlog/YouTube

Zacieniony parking nie zawsze się znajdzie, ale pojazd do 3,5 tony łatwiej gdzieś wcisnąć niż 17-metrowy zestaw z naczepą. To chyba najistotniejsza różnica w pracy busiarzy i truckerów. I jedna z nielicznych zalet transportu międzynarodowego na prawie jazdy kategorii B.

Dziś 1100 km. Lajtowo

Wad, uciążliwości, problemów jest zdecydowanie więcej.

– Samotność, rozłąka z bliskimi, tęsknota. Cierpi życie rodzinne i towarzyskie. To trudna praca nawet dla samotników – diagnozuje Damian Janiak. – Wadą są też zarobki. Niektórzy mówią, że pensja kierowcy jest zarąbista. Bo w Polsce trudno zarobić powiedzmy 3,5 tys. zł w trzy tygodnie. Tylko że jeśli przeliczy się dni, czas spędzony za kółkiem, okaże się, że dostajemy nieco ponad 10 zł za godzinę. Dużo? 150 zł dniówki za dwanaście godzin jazdy. Czasami czternaście godzin. Znam chłopaków, którzy mają tylko stówę dziennie, 18 groszy za kilometr. To jest głodowa stawka. Bardzo łatwo trafić na tak zwanego dziad-transa, który oszczędza na wszystkim, tylko nie na sobie.

Przeglądając oferty zatrudnienia dla busiarzy, można wyszukać sporo ogłoszeń z hasłami „250 zł dziennie”, „ponad 7 tysięcy miesięcznie”, lecz żaden z naszych rozmówców do takich pracodawców nie miał szczęścia.

– Te wszystkie oferty to ściema. Żeby wyciągnąć pięć koła, musiałbyś zrobić z 15 tys. kilometrów – komentuje Artur.

Inni busiarze tłumaczą, że w trzy tygodnie przejeżdżają zwykle 9–10 tys. km. Czasami 12 tys. I pensję mają około czterech koła. Ta intensywność kursów, niemal wszystkie dostawy realizowane na styk, ciągły pośpiech – to kolejna wada pracy na dostawczakach.

– Są firmy, gdzie jeździ się dziennie 800–1000 km i to jest spoko. Ale są też takie, gdzie śpi się co trzecią noc. Dużych pilnuje tachograf. Małych nie! – tłumaczy Damian Janiak. – Jedzie się na zapałkach. A raczej na wykałaczkach, bo zapałki nie pomagają. Kierowcy piją tony kawy, palą tony fajek. Ja ratuję się energetykami. Można się przyzwyczaić do jazdy dzień–noc–dzień. Nawet dwie doby, choć to już jest hardcorowo. Można ograniczyć godziny snu, lecz po latach odbije się to na zdrowiu – przyznaje vloger, któremu właśnie stuknęła trzydziestka.

W jednym z odcinków „Road Vloga” widzimy jego pobudkę na parkingu w okolicach Terrasy w Hiszpanii. Mówi, że mimo hałasu i bliskości autostrady tym razem spało mu się świetnie. Budzik zadzwonił o godz. 8.30.

– Wyjątkowo jestem wypoczęty. Dzisiaj mam tylko 1100 km. Lajtowo – ocenia vloger. – Załadowałem się. Jedna paleta. Całe 25 kilogramów – śmieje się, odjeżdżając spod magazynu.

Kierunek Rennes. We Francji piękna pogoda i jeszcze piękniejsze widoki. Postój na małym, urokliwym parkingu. Turystyczna kuchenka, garnuszek, zupa.

Jezioro albo bańka na gałęzi

Wszyscy zawodowi kierowcy mówią, że do kuchni polowej już się przyzwyczaili. Zabierają w trasę suchy prowiant, chińskie zupki, słodycze. Trudniej oswoić się z polowymi warunkami kąpieli.

– Czasami trasa układa się tak, że prysznic możemy wziąć kilka razy dziennie. Ale bywa też tak, że przez kilka dni nie masz dostępu do normalnej toalety – opowiada Damian. – Myłem się już przy pięciu stopniach na zewnątrz.

Kierowca z Wałbrzycha, autor filmu „Busiarz – stan umysłu” (ma ponad 140 tys. wyświetleń na YouTube) pokazuje, jak radzą sobie kierowcy. Gdzieś w Niemczech zjeżdża z autostrady, bocznymi drogami dociera w okolice żwirowni, przy której znajduje się jeziorko, dawne wyrobisko, i zaczyna piknik. Po posiłku i odpoczynku czas na kąpiel.

Hoshi Oto/YouTube

– W domu mam trochę mniejszą wannę – śmieje się, wskakując do wody.

Potwierdza, że do trudów życia na autostradach i parkingach można przywyknąć. Nauczyć się pakować, planować, dobrze organizować.

– Musisz się umyć w domu, tak samo musisz się umyć przy trasie. To jest ta sama woda i to samo mydło. Tylko kwestia tego, gdzie to zrobisz. Możesz się wykąpać na pace, możesz się wykąpać w lesie, wieszając bańkę na gałęzi. Albo można pojechać na pompę [stację paliw – przyp. red.], gdzie są prysznice. Tam weźmiesz kupon za 50 eurocentów i później dostaniesz kawę ze zniżką. Ta kawa nawet z potrójną zniżką jest i tak droższa niż w normalnej kawiarni.

Przyznaje, że niektórzy oszczędzają na prysznicach. Busiarz z Wałbrzycha kwituje to znaczącym uśmiechem. Damian też krzywi się na obniżone normy higieniczne w drodze. Odradza oszczędzanie na wodzie, jedzeniu, wyposażeniu auta i bezpieczeństwie.

– Tachografem powinien być twój organizm. Kiedy jesteś zmęczony, stajesz. Żeby nie narażać siebie i innych – stwierdza vloger.

Tachobuch, czyli nie ma kontroli bez mandatu

W pojazdach do 3,5 tony DMC nie ma obowiązku instalowania „tacho”, lecz to nie znaczy, że busiarz może kręcić kilometry bez żadnych limitów.

– Jest coraz więcej wypadków z udziałem dostawczaków, dlatego od kilku lat BAG ostro na nich poluje – zauważa Mario. – Norweska administracja drogowa też bywa bardzo surowa. Sprawdzają wagę, zabezpieczenie ładunku, wszystkie kwity.

BAG to Bundesamt für Güterverkher, czyli niemiecka ITD. W tym kraju busiarze są pod szczególnym nadzorem. Jeśli masa pojazdu z ładunkiem przekracza 2,8 tony, wymagany jest tzw. Tachobuch, nazywany też Kontrollbuchem. To papierowy dokument, który służy ewidencjonowaniu pracy kierowcy (formularz można ściągnąć ze strony internetowej BAG). Wpisuje się tam personalia, numer rejestracyjny auta, czas za kółkiem, miejsce rozpoczęcia i zakończenia jazdy, liczbę kilometrów. Sprawdzeniu podlega ostatnich 28 dni aktywności kierowcy! Jeśli odpoczywał, musi potwierdzić to zaświadczeniem. Wymaganych dokumentów i formalności jest tak dużo, że – jak żartują przewoźnicy – niemal każda kontrola kończy się mandatem. W branży krążą legendy o karach liczonych w tysiącach euro.

– Niemieckie służby mają specjalny przelicznik: waga towaru razy liczba kilometrów – tłumaczy Artur. – Słyszałem o „sztrafach” powyżej 2 tys. euro. Co wtedy robić? Modlić się, by szef miał dobry humor i wziął to na firmę.

Busiarze opowiadają o mandatach, które łapali we Włoszech (od policji i karabinierów), Francji, Holandii. Przyznają, że ograniczenia prędkości i inne normy z kodeksu drogowego traktują dość luźno.

– W tej robocie nie da się jeździć zgodnie z przepisami – przekonuje Mateusz. – Nie ma znaczenia, czy latasz po Europie, czy krążysz tylko po swoim mieście, musisz często ignorować znaki. No, pokażcie mi busa, który staje na zakazach albo któremu nigdy nie pstryknęli fotki za prędkość – mówi, jakby do tłumu słuchaczy, młodszy wykładowca na parkingowym uniwersytecie.

Pełny bak, a przed sobą horyzont

Blaski i cienie w życiu busiarza to temat rzeka. Niekończący się jak niemieckie autobahny. Przyjemne chwile może się zdarzają, lecz codzienność jest szara, mozolna, niewyspana. Dlaczego więc jeżdżą?

– Gdzieś na jednym z pierwszych parkingów, kładąc się spać, usłyszałem, że busiarz to nie jest zawód, to stan umysłu. Żeby zrozumieć te słowa, trzeba wczuć się trochę w tę robotę – opowiada kierowca z Wałbrzycha. – Kiedy stwierdziłem, że to praca dla mnie? Że to ma sens? Jako małolat, zamiast wydać pieniądze na imprezę, wolałem zalać wachę i jechać przed siebie. Kiedy mam pełny bak, a przed sobą horyzont – czuję się jak ryba w wodzie. Mam już nawyk jazdy, zmiany krajobrazu. Kiedy zjeżdżam do domu, pierwszego dnia idę spać. No bo człowiek jest zmęczony. Wiadomo. Drugiego dnia przypominam sobie, że to moje miasto. Chcę pójść w miejsca, które dobrze mi się kojarzą. Odnowić jakieś wspomnienia albo spotkać się z nowymi. Ale trzeciego dnia się budzę i zaczynam szukać kierownicy w pokoju. Potrzebuję i tęsknię za zmianą pejzaży. Gdzie jest mój kalejdoskop? – pyta autor filmiku „Busiarz – stan umysłu”.

Przyznaje, że pracę za kółkiem traktuje też „trochę hobbystycznie”. Bo zarobki nie są tak imponujące, by jeździć tylko dla kasy. Trzeba to lubić. Kochać.

– Ale ją rozbujałem. Stara masterka, wdzięczny samochód. Nie jest tu może koni za dużo, ale jak ją wyczujesz, staniesz się z samochodem jednością, to będziesz wiedział, w jakim momencie idzie. Bardzo ją lubię – uśmiecha się w swoim wideo kierowca z Wałbrzycha. – Weź przygodę pod pachę i pozwól się jej prowadzić. Wydarzenia losowe są dużo ciekawsze niż zaplanowane – przekonuje.

Chyba właśnie dlatego jeżdżą.

Policja oraz Inspekcja Transportu Drogowego regularnie przeprowadzają akcje ważenia dostawczaków. Czasami wyniki kontroli są szokujące. Pojazdy, których masa całkowita z ładunkiem nie powinna przekraczać 3,5 tony, ważą ponad dwa razy więcej. W Wielkopolsce zatrzymano busa, który na wadze miał 8,15 tony. Rekordzista z Podlasia był zapakowany do 8,6 tony. Żeby go zabrać z drogi, nie wystarczyła zwykła laweta. Na miejsce wezwano ciężarówkę z naczepą do przewozu ciężkich maszyn budowlanych. Niedawno w Krakowie ITD wlepiła mandaty dwóm busiarzom za wagę 7,6 i 7,3 tony. Na początku tego roku zmasowane kontrole busów odbyły się na Mazowszu. Aż 30 ze 112 sprawdzonych pojazdów ważyło za dużo. Średnie przeładowanie było na poziomie 1,5 tony, a jeden z kierowców zaliczył 2,8 tony. Co było tak ciężkie? Przeciążone pojazdy wiozły drewno, części samochodowe, artykuły spożywcze, materiały budowlane.
Przeciążony pojazd, którego DMC powinna wynosić maksymalnie 3,5 tony, stanowi duże zagrożenie na drogach. Przede wszystkim większa masa to dłuższa droga hamowania. Samochód jest mniej stabilny. Jeśli ładunek przekracza normę zalecaną przez producenta auta i określoną przez przepisy – często niemożliwe jest jego prawidłowe zabezpieczenie. Służby drogowe kontrolujące wagę pojazdów argumentują to nie tylko względami bezpieczeństwa, ale także ochroną uczciwej konkurencji na rynku przewoźników.
Tomasz Maciejewski
W drodze
ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER Z NAJNOWSZYMI WIADOMOŚCIAMI Z BRANŻY TSL
Fleetguru informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies
zamknij