Komik w busie. Szarą codzienność kierowców koloruje niebanalnymi parodiami

5 sierpnia
W drodze

– Mam czystą głowę i bardzo mądrą żonę. Tylko człowiek szczęśliwy może wygłupiać się przed kamerą – wyjaśnia popularny wideobloger. O komediowym talencie, kryminałach w trasie i rozładunkach u wroga rozmawiamy z Michałem Miszą.

To nie jest zwykły busiarz. Zaczynał w ruchu lewostronnym, angielskie poczucie humoru wzbogaca klimatami z podwarszawskiego Legionowa, szarą codzienność kierowców koloruje genialnymi parodiami. Ma tak duży dystans do siebie i pracy, że niektórzy widzą w nim aktora, a nie gościa, który naprawdę spędza miesiące w kabinie dostawczaka. Jego filmiki mają setki tysięcy wyświetleń. Historia dziadka, który zamalował fotoradar, bawi, uczy, wzrusza. Rekordy popularności bije „Chłodnia”, w której Misza apeluje, by nie przepalać silnika naczepy na postoju (czyli agregatu), bo to przeszkadza mu spać. Nagrania telefonów do żony i brata, radość z pięciozłotowej podwyżki, ratowanie jeża uchodźcy politycznego czy zwykła wymiana żarówki są jak dobry program kabaretowy.

Fot. archiwum Michała Miszy

„Jak za pierwszym razem oglądnąłem kilka Twoich filmików, to myślałem że to jakiś fake. Że to profesjonalny aktor robi sobie jaja. Serio. Bezbłędnie dopasowana mimika twarzy, te pauzy w wypowiedzi, niebanalne historie... Ja sam nie mam nic wspólnego z transportem, ale obejrzałem wszystkie filmiki po kilka razy, tak są dobre. Podejrzewam, że śmiałaby się z tego nawet hiszpańska inkwizycja, taki jest świetny i oryginalny” – komplementuje jeden z fanów. Inni stwierdzają krótko: rozwaliłeś system, jesteś megapozytywnym typem, wymiatasz!

W rozmowie z Fleetguru.eu Michał Misza też wymiata. Choć starał się nie żartować i seplenił jakby mniej. Ale może tylko nam się tak wydawało, kiedy słuchaliśmy tego wyjątkowego busiarza.

Tomasz Maciejewski: Czy Misza myśli o kabaretowej scenie?

Michał Misza: To nie moja bajka.

Ale poważnie pytam.

Ja zawsze poważny jestem.

Wystarczy obejrzeć co nieco, by się przekonać.

A propos… Była u mnie telewizja dwa miesiące temu. Coś tam ponagrywali. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Sława. Kariera na scenie.

To naprawdę mnie nie interesuje. Kabaret – nie, stand-up – nie. Ja na YouTube wiję swoje gniazdko.

Fot. archiwum Michała Miszy

I to się nie zmieni?

Nie. Ponieważ to, co robię, daje mi satysfakcję. I nie wymaga specjalnej organizacji, przygotowań. Nie wymyślam godzinami scenariuszy programu, nie robię prób. U mnie to wychodzi samo. Z życia wzięte. Te sytuacje się stały albo prawie się stały. W każdej jest ziarno prawdy. Zostały podkoloryzowane, lecz nie są zmyślone.

Fotoradar, spray, dziadek na wózku inwalidzkim, interwencja policji… W tym też jest ziarno prawdy?

Tak. Był kiedyś w Legionowie fotoradar i on mi trzasnął zdjęcie. Wiedziałem, co powinienem wtedy zrobić, ale tego nie zrobiłem. Gdybym zrobił, pewnie tak by to wyglądało, jak w historii pod tytułem „Fotoradar”. Polecam część drugą. Wyjaśnia, co działo się później.

A co działo się wcześniej? Misza zawsze taki był? Wygłupy, żarty, absurdalny humor?

Zawsze to we mnie siedziało. Ktoś coś opowiadał i ja już czułem, że muszę skomentować, zażartować. W domu, w szkole. Nawet kiedyś kolega zaproponował dla mnie ksywkę „Maskot”, bo byłem maskotką grupy. Jestem człowiekiem z nadwagą, a tacy muszą nadrabiać humorem. Nie wiem, jak to wygląda z boku, ale ja tak to postrzegam. Jeśli jesteś gruby, musisz pokazać inne atuty. Stworzyłem taką teorię i wydaje mi się, że pasuje ona do wielu osób z pozytywną energią.

Sprawiasz wrażenie wyjątkowo pozytywnego gościa… A czy zdarza się, że ten humor i dobra energia uciekają, jak z przebitej opony?

Zdarzają się nie tylko takie dni, ale tygodnie, miesiące. Kończy się lato, psuje się pogoda – nastrój się pogarsza. Jesień jeszcze może być fajna, ale jesienno-zimowa plucha jest nie do wytrzymania. Szaro, mokro, zimno. Można się zdołować.

Fot. archiwum Michała Miszy

Jakieś lekarstwo znasz?

Alkoholem tego nie leczę. Staram się nie spożywać. W mojej pracy nie ma miejsca na takie wyskoki. Odpowiedzialność, bezpieczeństwo to podstawa. Na filmach błaznuję, staram się wyciągnąć kwintesencję gamonia, ale na co dzień nie jestem tak głupkowaty.

Wybitni aktorzy komediowi poza sceną podobno bywają bardzo smutni, samotni.

Ja nie jestem aktorem. Nie gram. Nie udaję. Nie jest tak, że przed kamerą pajacuję, a gdy kończy się nagranie, humor nagle mnie opuszcza. Oczywiście, można mówić o wchodzeniu w rolę, o jakiejś kreacji, tylko że ja na co dzień też jestem wesoły.

Jak to się robi?

Jestem po prostu szczęśliwym człowiekiem, nie mam problemów. Zdrowie dopisuje. Wszystko poukładane. Mam bardzo mądrą żonę, która prowadzi dom, opiekuje się dzieckiem, pilnuje różnych spraw. Dzięki temu mam czysty umysł. Spokój, porządek, bezpieczeństwo dla mnie oznacza szczęście. A tylko człowiek szczęśliwy może wygłupiać się przed kamerą. To moja kolejna teoria. Jeśli chcesz się dobrze czuć, musisz mieć porządek w życiu.

Nauczyłeś się tego?

To nie jest wyuczone, to raczej cecha mojego charakteru. Lubię wszystko ogarnąć zawczasu, rachunki opłacić przed terminem. Jeśli wszystko się dobrze kręci, nie ma stresu. A jeśli nie ma stresu, można dobrze pracować i jeszcze znaleźć czas na różne dodatkowe sprawy. Na przykład nagrywanie na YouTube. Gdyby nie rodzinna stabilizacja, ogromne wsparcie żony, nie byłoby Miszy i filmików.

Fot. archiwum Michała Miszy

Lubisz dom?

Bardzo lubię życie domowe. Jak zjeżdżam, jestem najszczęśliwszy.

Ale zjeżdżasz rzadko.

Pracuję w systemie 4/1, czyli cztery tygodnie w drodze i tydzień w domu. Chciałbym przejść na 3/1 lub nawet krajówkę. Krótkie trasy, żeby być bliżej rodziny. Może zrobię prawo jazdy kategorii C, jakąś solóweczką będę jeździł po okolicy. Przedyskutujemy to z żoną i podejmiemy decyzję.

A jak przyjęła filmowy żart, że ona jest w ciąży od dwóch tygodni, a ty w trasie znacznie dłużej?

Często tak się wygłupiamy. Że jak tylko wyjeżdżam, to od razu jakiś listonosz czy hydraulik przychodzi. Mamy do siebie zaufanie. Ja jej nigdy nie zawiodłem. Ona mnie też. Jesteśmy razem piętnaście lat.

Kawał wspólnego życia. Jest też wspólne poczucie humoru?

Nie do końca. Powiedzmy, że małżonka akceptuje moje żarty. Na początku było słabo. Kiedy wrzuciłem pierwsze filmiki, to kazała je usunąć. Nie „sczytała” tego tak, jak powinna. Chyba wtedy za mało wiedziała o branży transportowej. Krytykowała moje wygłupy. Powiedziała: „z dziecka twojego będą się śmiać w szkole”. No to skasowałem. To były nagrania telefonem. Debiutanckie. Słabe technicznie. Ale trochę szkoda, że już tych materiałów nie ma. Ani w telefonie, ani na YouTube.

Skasowałeś, a jednak stałeś się znanym youtuberem.

Kiedy wszystko wyrzuciłem, zaczęli ludzie do mnie pisać: gdzie są filmiki? Więc znów zacząłem nagrywać. Taki paradoks, bo kiedy debiutowałem, to wylały się hejty. Jedna na dziesięć opinii była przychylna. Irytowało mnie, że wyzywają, obrażają. Nawet moją mamę… No ale kiedy zniknąłem, nadeszła pierwsza fala pozytywnych komentarzy.

Fot. archiwum Michała Miszy

Jak tęsknota za byłą dziewczyną. Doceniamy ją, kiedy już jej nie ma.

Trochę tak. Ale za byłą tęsknimy, bo pamiętamy tylko miłe chwile. Wspominamy to, co było dobre. A nie dlaczego się rozstaliśmy. To tylko taka mała dygresja. Wróćmy do tematu.

Oczywiście, wracamy do busa. Ile lat jeździ Michał Misza?

Zacząłem w Anglii. Jeździłem blaszakiem, mercedesem sprinterem.

Wyjazd za chlebem.

Tak. Standardowo. Kiedy weszliśmy do Unii, pojawiły się możliwości wyjazdu i zarobku. Postanowiłem spróbować. Po powrocie do Polski podjąłem pracę u kolegi, nie od razu w transporcie, ale w 2014 roku znów siedziałem w busie. Tym razem plandeka. Jeździłem sprinterami, masterkami (renault master – przyp. red.), teraz fordem transitem. Trochę doświadczeń się zebrało.

Na podstawie tych doświadczeń jak ocenisz relacje busiarze – truckerszy? Kierowcy dużych uważają się za lepszych?

Z kolegami kierowcami ciężarówek staram się żyć w zgodzie. Pracowałem w dużej firmie z ciężarowymi, dowoziłem kierowców, pilnowałem serwisów. Znam branżę dość dobrze. Wiem, jakie opinie krążą o kierowcach. Zawsze się wyciąga brudy, a brudy to najsłabsze ogniwa. I na ich podstawie powstają najgorsze oceny. W każdej grupie zawodowej można znaleźć pozytywne i negatywne przykłady. Różne niepochlebne rzeczy słyszałem o pracujących na busach. Skomentuję to tak: truckersi też łamią przepisy, też wypadają z drogi, też jeżdżą po pijaku, też rzygają do kabiny… Czy na podstawie jakichś incydentów można oceniać dziesiątki tysięcy kierowców? Czy busiarze mają czuć się gorsi, bo nie mają prawka kategorii C? Ja się gorszy nie czuję. Jeżdżę w naprawdę dobrej firmie. I jeżdżę mniej niż by tacho pozwalało. Można powiedzieć, że mam lepsze warunki niż na dużych.

Ale wielu busiarzy godzi się na koszmarne warunki. To odbija się na jakości pracy, bezpieczeństwie.

Młodzi, z mniejszych miejscowości – tak! Godzą się na wszystko. Jeżdżą „na zapałkach”. Pracują ponad siły. Są wykorzystywani przez spedytorów, którzy po prostu chcą zrealizować jak najwięcej frachtów. Jeśli 20-letni chłopak nagle zyskuje możliwość dwukrotnego zarobku w porównaniu do tego, co miał wcześniej, bierze wszystkie zlecenia. To właśnie tacy kierowcy budują wizerunek busiarzy – przemęczonych, siedzących za kółkiem nawet kilkanaście godzin na dobę. Mnie ten problem nie dotyczy.

Doświadczonemu kierowcy łatwiej powiedzieć „nie” szefowi.

Nie muszę mówić „nie”. Nie muszę określać granic, ponieważ mój szef wie, jak wygląda ta praca.

Fot. archiwum Michała Miszy

Gdzie jeździsz? Z czym? Widziałem zdjęcia z Anglii, Francji, Portugalii, Holandii, Niemiec… Te ostatnie odpisane „rozładunek u wroga”. To metafora, żart?

Nie, to żaden żart! Chodzi bezpośrednio o Niemców. Kiedy przebywa się tam dłużej, jeździ regularnie, zauważa się wrogie nastawienie do obcych. Znam podstawowe zwroty związane z transportem, załadunkiem w kilku językach. Kiedy mówię tam po niemiecku – to jest OK. Ale kiedy zaczynam po angielsku, to słyszę: jesteśmy w Niemczech, tu się mówi po niemiecku! Czy to punkt celny, czy jakieś formalności związane z transportem gabarytu, czy po prostu magazyn – wszędzie takie same zachowania. Utrudnianie, wywyższanie się. Próbują pokazać ci miejsce w szeregu. Czujesz się jak myszka przed drapieżnym kotem. W tym narodzie pozostało jakieś zło.

Mówisz to jako kabareciarz czy jako kierowca od lat jeżdżący po Europie?

Mówię serio! Przekonanie Niemców o ich wyższości nad przedstawicielami innych nacji nie jest tylko moim odczuciem. Nie dotyczy jakiejś konkretnej lokalizacji, jednego magazynu, fabryki, jakiejś grupy zawodowej czy wiekowej. To wywyższanie się, pogarda dla innych jest w Niemczech nagminne. Kiedy jadę do Francji, Holandii, Belgii, nie spotykam się z takim zachowaniem.

Bardzo niepolityczna wypowiedź.

Zadajmy sobie pytanie i odpowiedzmy uczciwie: czy naród przez kilkadziesiąt lat może się zmienić? Oficjalnie, gdzieś tam na górze, takich tematów się unika. Ja jestem kierowcą, mam kontakt z pracownikami niższych szczebli i oni mogą pozwolić sobie na więcej. Nie muszą się pilnować. W pewnych sytuacjach pokazują pazurki. Czują się lepsi. Dlatego uważam, że imigranci w Niemczech to jest kara boska! Niemcy źle to znoszą.

Nawet przeprowadzają się do innej dzielnicy, jeśli w pobliżu ich domu przybywa obcych.

Kto by chciał mieć nowych sąsiadów, którzy nie są zainteresowani asymilowaniem się?!

Polak by nie chciał, a co dopiero Niemiec.

Już wiemy, że do Niemiec nie lubisz jeździć, ale musisz. Gdzie jeszcze kursujesz?

No muszę. I czuję się, jakby polowało na mnie gestapo. Mówię o BAG [Federalny Urząd ds. Transportu Towarowego – przyp. red.] Oni się wszędzie czają. Cały czas polują. Szukają, kogo by tu ustrzelić. Ja mam wszystko w porządku w papierach. Waga pojazdu – OK. Ale zawsze próbują się do czegoś przyczepić.

A kiedy już jakoś przebijesz się przez Niemcy…

W Holandii czuję się dobrze, bo tam po angielsku mówią świetnie. Bardzo lubię Anglię, nie tylko dlatego, że tam mieszkałem. Na promie jest kąpiel, dobre jedzonko. Nie tylko panierka, ale też czasami ryba. Na Wyspach mam siostrę i szwagra. Przy okazji wyjazdów służbowych odwiedzam ich. Uwielbiam Skandynawię, a najbardziej Szwecję. Gdy się tam zjeżdża z promu, to można jechać 500–600 km jak przez park krajobrazowy. Audiobook albo jakaś muzyczka i przed siebie.

Fot. archiwum Michała Miszy

Podkładem muzycznym twoich filmików często jest hip-hop, rapowanie… Tego słuchasz najchętniej?

Głównie audiubooków słucham. 90 proc. czasu w kabinie spędzam z lektorem, nie z muzą. Przerobiłem całego Dana Browna. Ostatnio sięgnąłem po tzw. wielkich polskiej literatury. Ale literatury współczesnej. Chyłka i inni.

Lubisz kryminały?

Też. Jednym z ulubionych tytułów jest „Ojciec chrzestny”. Przesłuchałem wszystkie powieści Mario Puzo.

Co szczególnie polecasz?

„Sycylijczyk” i „Omerta”. Genialne książki. Mam teraz chyba z 40 audiobooków w smartfonie. Duża karta pamięci, dużo się zmieści. Można się z kolegami na parkingu wymienić. Podróż z książką jest fajniejsza niż z muzyką.

Ale skoczna muza czy rockowe brzmienia potrafią pobudzić, orzeźwić, gdy droga się dłuży.

Muzyka nie musi mnie budzić, bo nie mam takiej pracy, bym zasypiał. Jeżdżę maksymalnie osiem godzin dziennie. Czasami sześć. Zdarza się, że tylko trzy, cztery.

Prawie praca biurowa.

Tylko że całą dobę przebywam w busie. I kilka tygodni poza domem. Natomiast na relacje z szefem, zakres obowiązków, wynagrodzenie – nie narzekam.

Fot. archiwum Michała Miszy

Jak się załatwia taką robotę?

Biorę ładunki, przy których wymagana jest znajomość języka angielskiego na poziomie wyższym niż komunikatywny. Trzeba mieć poukładane w głowie, załatwiać sporo formalności, chodzić nie tylko po magazynach, ale także po biurach. Dostaję kontakt, ogólne informacje, a szczegóły zwykle muszę dograć sam. To nie jest zwykłe busiarstwo. Dzięki temu, że wymagane są określone kwalifikacje, są lepsze warunki i lepsze pieniądze. Wracając do pytania: gdzie jeżdżę i co wożę – bez wnikania w szczegóły – mogę powiedzieć, że często wożę niestandardowe ładunki. Do portów, ale też do szpitali i różnych firm. Zajmuję się transportem, który nie polega na lataniu w tę i z powrotem z paletami, workami czy skrzynkami.

Za pięć, dziesięć lat Michał Misza nadal będzie jeździł? Czy będzie już tylko słynnym youtuberem i producentem gadżetów dla kierowców? Twoje koszulki, naklejki podobają się w branży.

W produkcję, biznesy nie pójdę. Nie nadaję się do tego. Naklejki teraz tylko rozdaję znajomym na parkingach, a koszulkami zajmuje się żona. Ja wymyślam hasła, zbieram zamówienia, ona nadzoruje wykonanie i wysyłkę. Napinki na karierę w mediach nie mam. Nie proszę o subskrypcje, lajki. Tylko w jednym filmiku to powiedziałem, żeby sparodiować zachowania innych youtuberów. Oni tak żebrzą o te łapki, że już wszyscy uznali to za normę i u mnie też lajkują.

Fot. archiwum Michała Miszy

Masz tysiące fanów.

Ale mój kanał to kanał bez ciśnień. Nie wrzucam co chwilę nowych filmików, nie staram się wyśrubować wyników. Nie mam ambicji być znanym youtuberem. Kanał został założony po to, żeby zarchiwizować to, co jest. To, co mam głowie. A nie po to, by zdobyć sławę i kasę. Czysty umysł jest ważniejszy niż pieniądze. Proszę cofnąć się do początku naszej rozmowy. Jestem szczęśliwy właśnie dlatego, że nie odczuwam presji, nerwów, stresu. Że coś muszę. Że chcę więcej. Ważny jest umiar, porządek, spokój. I wtedy człowiek może się przed kamerą powygłupiać.

Tomasz Maciejewski
W drodze
Miej rękę na pulsie!
Najciekawsze informacje o branży TSL co tydzień na Twojej skrzynce e-mailowej
Wyrażam zgodę na przetwarzanie przez X Project sp. z o.o., moich danych osobowych w postaci adresu poczty elektronicznej w celu przesyłania mi informacji marketingowych. WIĘCEJ

Wyrażam zgodę na przetwarzanie przez X Project sp. z o.o., moich danych osobowych w postaci adresu poczty elektronicznej w celu przesyłania mi informacji marketingowych dotyczących produktów i usług oferowanych przez X Project sp. z o.o., za pomocą środków komunikacji elektronicznej, stosownie do treści przepisu art. 10 ust. 1 i 2 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Szczegółowe zasady dotyczące przetwarzania danych osobowych i zgód marketingowych wyrażone są w klauzuli informacyjnej. Przed wyrażeniem zgód marketingowych prosimy o zapoznanie się z jej treścią.

Fleetguru informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies
zamknij